X-Men: Apocalypse | ★★★

x-men apocalypse recenzjaNajnowsza przygoda X-Menów wciąga, bawi, a momentami i oszałamia wizualnie, ale raczej nie zostanie zapamiętana jako najwspanialsza w całym cyklu – czy nawet w bieżącym superbohaterskim sezonie. Owszem, kładzie na łopatki nowego Kapitana Amerykę (choćby dlatego, że unika bezsensownej nawalanki, gdzie nie bardzo wiadomo za kogo trzymać kciuki), ale już od koleżki Deadpoola dostaje ostry łomot (bo brak jej podobnej lekkości ruchów).

Dobrym mutantom przychodzi się tu zmierzyć z „superfaraonem” imieniem Apocalypse (w tej roli schowany pod toną makijażu Oscar Isaac; tym razem taki sobie), który wyciąga z głębokiej deprechy kilka innych postaci – w tym opłakującego rodzinę Magneto (adres tymczasowy: „Prószków, Poland”) – a następnie z ich pomocą próbuje zniszczyć świat, jaki znamy, by na jego zgliszczach wybudować coś własnego. Profesor Xavier, Bestia, Mystique i grupa X-Menów młodszych stażem będzie starała się temu zapobiec i wiadomo – w finale dojdzie do ostrej zadymy.

Cieszy w „X-Men: Apocalypse” zwłaszcza poczucie humoru (scena, w której Quicksilver ratuje ziomali od śmierci w wybuchu – mistrzowska!) i sprawne wiązanie wątków z „przeszłości” i „przyszłości” X-Menów w coraz bardziej złożoną całość (tu poznajemy m.in. wczesne dokonania Jean Grey i nareszcie dowiadujemy się jak profesor X stracił czuprynę). Rozczarowuje natomiast młode wcielenie Nightcrawlera (superirytujący Kodi Smit-McPhee) i dęta sekwencja „prószkowska”, która wbrew intencjom twórców utrudnia poważne traktowanie dramatu Magneto (przepraszam: Henryka bo pod takim pseudonimem próbuje ukrywać się w Polsce). Szkoda też, że tak mało tu Rose Byrne (gra agentkę MacTaggert), ale cóż – może kolejny film pokaże jej więcej i da jej trochę więcej do roboty. Bo „Apocalypse” jednak zaostrza apetyt na więcej.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *