Wes Craven – sylwetka

„Na samym początku mojej kariery filmowej ktoś powiedział mi, że nigdy nie będę dobrym reżyserem bo nie krzyczę i nie przyjmuję postawy kapitana. Aktorzy potrzebują kapitana, który będzie na nich wrzeszczał i pokazywał im kto tu rządzi, twierdziła ta osoba. Ja natomiast staram się zdobyć respekt swojej ekipy przez to, że zjawiam się na planie niesamowicie dobrze przygotowany (…), zawsze mam przy sobie szczegółową listę dotyczącą scen, nad którymi mam w danym momencie pracować.” Tak Wes Craven (ur. 2 sierpnia 1939 w Cleveland, Ohio w Stanach Zjednoczonych) przedstawia tajemnicę swojego sukcesu w książce Roberta J. Emery’ego „The Directors: Take Three.”

Droga do tego sukcesu wcale nie była jednak łatwa i niewiele brakowało, a Craven porzuciłby marzenia o pracy przy kręceniu filmów, koncentrując się na wykonywaniu zawodu nauczyciela, który jednak przynosił mu niewiele satysfakcji i jeszcze mniejsze pieniądze. Ostatecznie musiał zaryzykować utratę pracy w college’u, aby spróbować przebić się w filmie – i kilkakrotnie stawał twarzą w twarz z wizją bezrobocia. Szansa pojawiła się zupełnie niespodziewanie: Cravena zatrudniono do pomocy przy ukończeniu prac nad erotycznym paradokumentem pt. „Together” w reżyserii Seana S. Cunninghama, późniejszego twórcy słynnej serii slasherów „Piątek 13-go”. Mężczyźni szybko się ze sobą zaprzyjaźnili i kiedy „Together” uzyskał całkiem niezłe wyniki kasowe, a Cunninghamowi zaproponowano nakręcenie filmu grozy, ten zaproponował Cravena na stanowisko reżysera (sam zadowolił się funkcją producenta). Tak doszło do powstania filmu z gatunku rape and revenge pt. „Ostatni dom po lewej stronie” (1972), uznanego swego czasu za jedno z najbardziej zwyrodniałych dzieł w historii kina. Opowiadało ono o dwóch młodych dziewczętach, które trafiają w sidła uwielbiających seks i przemoc przestępców. Craven nie tylko wyreżyserował „Ostatni dom…”, ale też napisał do niego scenariusz, w znacznym stopniu inspirując się fabułą „Źródła” Ingmara Bergmana. Po latach tak opowiadał Robertowi J. Emery’emu o efektach współpracy z Cunninghamem: „Zrobiliśmy ten film uważając, że puści go parę kin, a potem wszyscy o nim zapomną. Tymczasem wyświetlano go raz za razem, potem znowu, i jeszcze raz, i ponownie. Nagle staliśmy się filmowcami z pierwszym dużym sukcesem na koncie, a nasi znajomi odcięli się od nas za to, że nakręciliśmy tak niewybaczalnie cyniczny i brutalny horror. Ale co tam, najważniejsze, że trafiłem do przemysłu filmowego.”

Nie oznaczało to jednak, że łatwo będzie się w tym przemyśle utrzymać. Co prawda drugie autorskie dzieło Cravena, survival horror pt. „Wzgórza mają oczy” (1977) – opowieść o grupie kanibali terroryzującej pewną amerykańską rodzinę podróżującą do Kalifornii – podobnie jak jego debiut miało stać się klasykiem gatunku, ale po nakręceniu telewizyjnego filmu „Obcy w naszym domu” (1978) oraz swojego pierwszego dzieła o kilkumilionowym budżecie – „Śmiertelnego błogosławieństwa” (1981) – reżyser zaczął popadać w niełaskę. Przykry był już sam fakt, że „Śmiertelne błogosławieństwo” przyniosło znacznie słabsze wyniki kasowe od tych, jakich się spodziewano, ale najgorsze miało dopiero nadejść. Craven zabrał się za przenoszenie na ekran przygód komiksowego „Potwora z bagien”. Budżet był stosunkowo wysoki, ale niewystarczający aby zrealizować wszystkie niezbędne efekty specjalne, a kręcenie filmu w bardzo nieprzyjaznych warunkach klimatycznych negatywnie wpływało na pracę na planie. To się nie mogło skończyć dobrze.

Ostatecznie Craven był zmuszony znacząco okroić scenariusz i przełknąć parę nieszczególnie udanych scen z zastosowaniem tanich efektów specjalnych. „Potwór z bagien” (1982) to kuriozum, na którym dobrze będą się bawić wielbiciele kina spod znaku kamp, ale już niekoniecznie fani brutalnego i realistycznego kina grozy, dzięki któremu reżyser zdobył sławę. Przełożyło się to oczywiście na kiepskie wyniki kasowe – i nagle okazało się, że znów nikt nie chce z Cravenem pracować. Aby popłacić bieżące rachunki szybko nakręcił więc tanim kosztem okropne „Wzgórza mają oczy II” (które musiały poczekać na premierę aż do 1985 r.), składające się w dużej mierze z retrospekcji pozwalających wykorzystać ponownie zdjęcia z oryginału. Zdawał sobie jednak sprawę, że jeśli w najbliższym czasie nie dorobi się prawdziwego hitu to być może znów będzie się musiał rozglądać za nową pracą.

Na szczęście taki hit akurat rodził się w jego wyobraźni. Była to historia Freddy’ego Kruegera, mordercy dzieci, który zostaje zabity w wyniku samosądu rodziców ofiar, ale po śmierci odradza się w dziecięcych snach – i wciąż potrafi mordować. Film ten, będący nieco nietypowym slasherem (jest znacznie mniej realistyczny niż większość przedstawicieli tego gatunku), otrzymał tytuł „Koszmar z ulicy Wiązów” (1984) i uczynił z Cravena gwiazdę światowego formatu. Trudno dziś powiedzieć czy stałoby się tak również wówczas gdyby mordercę zagrał ktoś inny niż Robert Englund. Jak wspominał reżyser we wstępie do autobiografii Englunda zatytułowanej „Hollywood Monster: A Walk Down Elm Street with the Man of Your Dreams”, początkowo wyobrażał sobie tego bohatera jako starszego mężczyznę, od którego wprost bije nienawiść i nieludzkie okrucieństwo; Englund był młody i roztaczał pozytywną aurę, ale już podczas pierwszego spotkania z nim Craven wyczuł, że może nadać postaci mordercy oryginalny charakter. Tak też się stało. Englund, odziany w wysłużony pasiasty sweter i kapelusz częściowo zasłaniający ohydną twarz (efekt kilkugodzinnej pracy charakteryzatorów), po prostu stał się Freddym Kruegerem, każąc mu chodzić w specyficzny sposób i improwizując wiele z charakterystycznych dla tego bohatera odzywek.

W ciągu kilku następnych lat Freddy powrócił jeszcze w pięciu kolejnych odsłonach serii „Koszmar z ulicy Wiązów”, ale Craven odmówił zaangażowania się w ich produkcję (wyjątkiem była pomoc w pracy nad scenariuszem części trzeciej). Niestety większość filmów, jakie nakręcił Craven tuż po swoim największym sukcesie przeszła bez większego echa, a szczególnym fiaskiem okazała się nakręcona dla wytwórni Warner Bros. „Przyjaźń na śmierć i życie” (1986), opowiadająca o morderczym robocie skrywającym się pod atrakcyjnym obliczem młodego dziewczęcia. Dziś horror ten zyskał sobie status dzieła kultowego, ale w momencie premiery odebrano go bardzo chłodno, a reżyser przyznał, że powstawał on w wyjątkowo trudnym okresie: właśnie rozsypało się jego małżeństwo, odsunięto go kolejno od pracy nad „Sokiem z żuka” i „Supermanem IV”, a do tego pozwano go o plagiat, którym miał być rzekomo scenariusz „Koszmar z ulicy Wiązów”.

Mimo wszystko postanowiono dać Cravenowi jeszcze jedną szansę, zastrzegając od razu, że jeśli nie postara się bardziej niż w przypadku „Przyjaźni na śmierć i życie”, zostanie natychmiast zwolniony, zaproponowano mu nakręcenie adaptacji niezwykłej książki Wade’a Davisa „The Serpent and The Rainbow”, traktującej o otaczanym wieloma mitami kulcie voodoo. Tak powstało jedno z najciekawszych dzieł reżysera: „Wąż i tęcza” (1988), z Billem Pullmanem w roli antropologa wybierającego się na Haiti, aby odkryć sekret narkotyku zamieniającego ludzi w bezmyślne zombie.

„’Wąż i tęcza’ to z wielu różnych powodów fascynujący film”, mówił wiele lat po jego premierze Craven. „Jako jeden z niewielu horrorów przestawia on voodoo jako autentyczną religię, coś co naprawdę istnieje. Chciałem w nim pokazać skąd biorą się zombie, które też przecież są rzeczywistym zjawiskiem. Przez wiele, wiele lat uważano, że to fikcja, a zombie to po prostu osoby, którym za pomocą odpowiednich środków chemicznych ‘wykasowano’ mózg”. Reżyser dostrzegał też jednak pewne wady filmu, tłumacząc, że wynikały one z nacisków tych, którzy go finansowali: „Niektórzy producenci chcieli w nim zobaczyć historię miłosną. Inni życzyli sobie opowieści religijnej, historii voodoo. Z kolei wytwórnia chciała dostać tradycyjny horror. W efekcie, jak mi się wydaje, film ten cierpi więc na nagromadzenie zbyt wielu różnych wizji. Ale i tak pozostaje jednym z moich ulubionych dokonań.”

Późniejszy dorobek Cravena także był bardzo zróżnicowany. Składały się na niego krwawe horrory i łagodne filmy obyczajowe; dzieła eksperymentalne i bardzo tradycyjne; wreszcie – dokonania doskonałe, zapisujące się na trwałe w historii filmu, oraz takie, o których zapominało się od razu po seansie. Nieprzychylnie odebrano zwłaszcza komedię grozy „Wampir w Brooklynie” (1995), w której wystąpił Eddie Murphy, oraz „Przeklętą” (2005) z Christiną Ricci, mającą być w założeniu odświeżeniem formuły horroru o wilkołakach. Do eksperymentów należał też „Shocker” (1989), początkowo uznany za nieudaną kopię „Koszmaru z ulicy Wiązów”, a w rzeczywistości stanowiący dla Cravena pierwszy krok do uzyskania tytułu najbardziej postmodernistycznego twórcy kina grozy (z którym to tytułem sam reżyser zresztą nigdy nie chciał się zgodzić). „Shocker” opowiadał historię mordercy, który ma zostać stracony na krześle elektrycznym, ale zamienia się w wiązkę energii i kontynuuje swoją zbrodniczą misję. Dzięki takiemu zabiegowi fabularnemu widzowie mogli obejrzeć między innymi jak czarny charakter wskakuje i wyskakuje z różnych programów telewizyjnych. Stąd był już tylko krok do „Nowego koszmaru Wesa Cravena” (1994), w którym reżyser powrócił do serii o Freddym Kruegerze, ale w nietypowy sposób: nakręcił film o… koszmarze kręcenia kolejnego epizodu cyklu, a związani z nim twórcy (m.in. aktorka Heather Langenkamp, odtwórca roli Freddy’ego Robert Englund, producent Robert Shaye i sam Craven) zagrali tu samych siebie.

Kolejny prawdziwy przebój pojawił się jednak w dwa lata później. Craven chciał wówczas odpocząć od kręcenia horrorów i początkowo odrzucił propozycję zrealizowania filmu o zamaskowanym mordercy według scenariusza Kevina Williamsona. Ostatecznie dał się przekonać, stwierdzając, że może to być szansa, aby w dobrym stylu pożegnać się na jakiś czas z gatunkiem, od którego zaczynał karierę. Powstałe dzieło, zatytułowane „Krzyk” (1996), przyniosło jednak tak znaczne dochody, że o pożegnaniu z gatunkiem nie mogło być mowy – wkrótce namówiono Cravena do zajęcią się również drugą i trzecią częścią „Krzyku” (które miały premierę w 1997 i 2000 r.). Fenomen tej serii polegał na konsekwentnym dekonstruowaniu gatunku, jakim jest horror, dzięki czemu przylgnęła do niej etykietka dzieła postmodernistycznego. W pierwszym filmie oglądaliśmy bohaterów wyśmiewających schematy rządzące kinem grozy (często po to tylko, aby ostatecznie działać zgodnie z nimi), a w częściach kolejnych podkreślano m.in. jak to fatalnie wypadają zazwyczaj sequele horroru, który odniósł ogromny sukces i, podobnie jak w „Nowym koszmarze Wesa Cravena”, przenoszono akcję za kulisy filmu.

W ostatnich latach Cravenowi udało się odetchnąć od horroru. Nakręcił obyczajowy „Koncert na 50 serc” (1999) z Meryl Streep w roli głównej i wziął udział w ciekawym projekcie „Zakochany Paryż” (2006), gdzie wraz z takimi reżyserami, jak Isabel Coixet, Tom Tykwer, Gus Van Sant czy Joel i Ethan Coenowie próbował zaprezentować widzom Paryż, jakiego dotąd nie znali. Godny uwagi okazał się także thriller „Red Eye” (2005), którego akcja niemalże całkowicie rozgrywa się na pokładzie samolotu. Craven coraz częściej udziela się też producencko, czasami firmując swoim nazwiskiem nieszczególnie udane tytuły, jak „Carnival of Souls” (1998) czy „Drakula 2000” (2000), a czasem wspierając w ten sposób przeróbki własnych dzieł sprzed lat – np. „Wzgórza mają oczy” (2006) czy „Ostatni dom po lewej stronie” (2009).

Tekst jest fragmentem książki Bartłomieja Paszylka
„Słownik gatunków i zjawisk filmowych” (PWN/Park Edukacja 2010)

slownik gatunkow i zjawisk filmowych small

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *