Tylko dla odważnych (Only the Brave) | ★★★½

tylko dla odwaznychSą historie o prawdziwych bohaterach, które bez trudu przenosi się na taśmę filmową, bo mają typowo hollywoodzki przebieg: jedna lub kilka postaci ryzykuje życie, aby ocalić innych, dzięki czemu pod koniec możemy odetchnąć z ulgą, że póki takie dzielne chłopy chodzą po świecie, to jesteśmy bezpieczni. Są też jednak historie takie jak ta opowiedziana w „Tylko dla odważnych”: mocne, chwytające za serce, ale cholernie trudne do opowiedzenia, bo nie podporządkowujące się temu wdzięcznemu hollywoodzkiemu schematowi i nie klepiące nas po plecach gładkim, optymistycznym zakończeniem.

Choć przecież sam początek filmu zdaje się zapowiadać taką właśnie typowo heroiczną historię rodem z Fabryki Snów: pewien młodzian po przejściach (Miles Teller z „Whiplasha”, znów świetny!) dołącza do grupki strażaków leśnych żeby mieć wreszcie jakąś normalną fuchę, uciec od używek i zaopiekować się jak trzeba świeżo założoną rodziną; jego mentorem zostaje strażak-wyga (Josh Brolin, też znakomity!), który za młodu przeżywał podobne problemy co on, a niegdysiejszy przeciwnik chłopaka (też ładnie dający radę Taylor Kitsch), po ciężkich wspólnych przejściach na linii ognia okaże się jego oddanym przyjacielem. Kto jednak zna szczegóły autentycznej historii jednostki strażackiej z Granite Mountain, ten wie, że ta schematyczna ekspozycja to tylko zmyłka, przez wykorzystanie której piekielny finał poraża jeszcze bardziej; a kto tej historii nie zna, ten powinien jak najszybciej zabrać się za film Josepha Kosinskiego („Tron: Dziedzictwo”, „Niepamięć”) i wreszcie ją poznać.

A to naprawdę spory komplement – w końcu wcale nie tak często udaje się filmom opartym na faktach uczciwie oddać dramatyzm autentycznych wydarzeń bez jednoczesnego podkolorowywania rzeczywistości ku chwale rozrywki. Tymczasem od „Tylko dla odważnych” tchnie autentyzmem – nie tylko dzięki solidnej obsadzie (poza wymienionymi grają tu jeszcze m.in. Jeff Bridges i Jennifer Connelly) i efektownym zdjęciom Claudia Mirandy (zdobywcy Oscara za „Życie Pi”), ale także dzięki dbającemu o realizm scenariuszowi opartemu na artykule Seana Flynna z pisma GQ. No i jest jeszcze potężna ścieżka dźwiękowa wykorzystująca wiele rockowych numerów z „Jump in the Fire” Metalliki na czele.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *