Thor: Ragnarok | ★★★

tylko dla odwaznychTrzeci „Thor” nareszcie jest taki, jak być powinien! – cieszyli się po premierze filmu najwięksi fani umięśnionego superherosa, mając na myśli to, że tym razem powstał film bez zadęcia, lekki, kolorowy i pełen humoru, a do tego wdzięcznie korzystający z innych dóbr marvelowskiego uniwersum, w tym największego z nich: Hulka.

I mimo, że cieszę się, że najwięksi fani Thora tak się cieszą, to dodam od siebie: jest dobrze, ale po takim reżyserze jak Taika Waititi spodziewałem się jeszcze więcej. Waititi w świetnym stylu otwiera film (nie pytajcie dlaczego Thora gra tu najstarszy z braci Hemsworth, Luke, Lokiego – Matt Damon, a Odyna – Sam Neill; to naprawdę trzeba zobaczyć!), a potem czujnie dba o to żeby przez cały czas było i efektownie, i zabawnie, i niebezpiecznie, nie szczędząc druzgocących ciosów głównemu bohaterowi (w końcu zarówno rozszalały Hulk, jak i demoniczna Hela grana przez Cate Blanchett to godni przeciwnicy). Z jakiegoś powodu po seansie nie czułem jednak, że oto uczestniczyłem w szalonej, niezapomnianej przygodzie podobnej do tej, jaką oferowały dwa poprzednie filmy reżysera („Co robimy w ukryciu” i „Dzikie łowy”). Ot, solidne kino superbohaterskie z wartką akcją i zdrową dawką humoru. Do obejrzenia z przyjemnością i…

…no nie, jednak nie można napisać „do szybkiego zapomnienia”. To na pewno rzecz z charakterem, zdecydowanie powyżej słabej średniej wyznaczanej przez współczesne kino komiksowe. I nie ma wątpliwości, że są tu sceny, które zapadają w pamięć (jak zabawny wstęp z podmienionymi aktorami, pierwsze starcie z Helą, albo ujawnienie nowego image’u Jeffa Goldbluma). No i to właśnie tu po raz pierwszy dowiadujemy się, że Thor przejawia względem Hulka wyraźną zazdrość o rozmiar penisa.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *