The Green Inferno | ★★★

the green inferno recenzjaEli Roth, reżyser „Hostelu” i „Śmiertelnej gorączki”, odgrażał się, że w swoim najnowszym filmie spróbuje się zmierzyć z takimi klasykami kina kanibalistycznego jak „Cannibal Holocaust” Ruggero Deodato czy „Cannibal Ferox” Umberto Lenziego, które to skutecznie szokowały klientów wypożyczalni wideo w latach 80. Jak mu się udało?

Najprostsza odpowiedź na to pytanie brzmi: częściowo. „The Green Inferno” z pewnością wywołuje uczucie narastającego niesmaku i niepokoju, od pewnego momentu regularnie bombardując widza kolejnymi sadystycznymi sekwencjami (ćwiartowanie na żywca, spożywanie ludzkich gałek ocznych, torturowanie za pomocą gigantycznych mrówek – i tym podobne), a przecież dokładnie tak samo oddziaływały na nas najmocniejsze filmy kanibalistyczne sprzed lat, niezależnie czy uznamy to za ich zaletę czy nie. Czy jednak możemy powiedzieć, że „The Green Inferno” poraża takim samym realizmem jak chociażby „Cannibal Holocaust”? Zdecydowanie nie – i to nawet gdyby pominąć wszystkie te sceny z niesławnego dzieła Deodato, w którym dla spotęgowania efektu grozy naprawdę zamęczano zwierzęta na śmierć. Po prostu krwawe efekty autorstwa zasłużonej dla współczesnego horroru spółki Greg Nicotero/Howard Berger nijak nie mogą się równać z tym, co ponad trzydzieści lat temu wyczarowywali przeróżni włoscy specjaliści od filmowej makabry. Nie zrozumcie mnie źle: cała ta jatka, jaką serwuje się nam w „The Green Inferno” wcale nie wygląda słabo. Wygląda po prostu w dużej mierze dość „hollywoodzko”: myślimy sobie „Niezła robota” , ale jakoś nie potrafimy zapomnieć, że to przecież tylko film. A w trakcie seansu „Cannibal Holocaust” jednak się zapominało.

Nie żeby nowy film Rotha w ogóle nie dawał rady – tyle, że chyba bardziej ucieszy on tych, którzy pokochali wcześniejsze filmy reżysera niż zwolenników oldschoolowego kina exploitation. W końcu opowieść została skonstruowana bardzo podobnie, jak niegdyś „Hostel”: najpierw przez dłuższy czas towarzyszymy grupce bohaterów podczas napawającej ich grozą podróży, podczas której tak naprawdę niezbyt wiele się dzieje (tym razem młodzi aktywiści wybierają się z misją „ratowania zagrożonych plemion” do Peru), a potem nagle stajemy się świadkami niekontrolowanej feerii przemocy, która kończy się dopiero wraz z napisami końcowymi (tu: nasi podróżnicy nieoczekiwanie stają się ofiarą plemienia kanibali, które tak strasznie chcieli ratować przed zagładą). I największą niespodzianką filmu wcale nie jest przepełniające go okrucieństwo, ale bezczelne wypięcie się Rotha na wszechobecną dziś polityczną poprawność: no bo jak to tak, przedstawiać jakiekolwiek plemię jako niewdzięcznych kanibali?

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *