Stephen King – Znalezione nie kradzione | ★★½

znalezione-nie-kradzione-miekkaSteve, Steve, Steve – znów to zrobiłeś, chłopie! Miałeś elegancki pomysł na powieść, całkiem dobrze zacząłeś – i nie umiałeś równie dobrze skończyć. A tym razem boli podwójnie, bo to przecież kontynuacja jednej z najlepszych książek, jakie napisałeś w tym wieku…

Dobra, przestaję udawać, że prawię kazanie Kingowi – wiem dobrze, że nawet gdyby swobodnie posługiwał się językiem polskim, moja opinia nie znaczyłaby dla niego wiele. W końcu czytała tę powieść jego żona (też pisarka), jego syn i żona syna (oboje świetnie machający piórem) oraz cały zastęp profesjonalistów – i najwyraźniej wszyscy przybili mu potem piątkę, inaczej chyba nie dziękowałby im w posłowiu. Tym trudniej jednak mi zrozumieć, jak przy takiej obstawie można było aż tak zepsuć ostatni akt tej książki – i już tłumaczę o co chodzi.

Od wydarzeń z „Pana Mercedesa” minęło trochę czasu, ale najważniejsi bohaterowie, którzy uszli z nich z życiem wciąż jeszcze dochodzą do siebie zmagając się albo z potężnymi wyrzutami sumienia, albo z poważnymi dolegliwościami fizycznymi (kto czytał, ten wie co kogo dręczy; kto nie czytał – niech lepiej zacznie od „Pana Mercedesa”, bo po pierwsze, lepszy niż „Znalezione nie kradzione”, a po drugie, King dość szczegółowo go tu streszcza). Tymczasem niektórych znanych nam już bohaterów czeka kolejny sprawdzian odwagi i zdolności detektywistycznych – tym razem związany z kradzieżą cennych manuskryptów, które inspirują do zbrodni pewnego czułego na piękno literatury psychopatę.

Zagrożenie jest tym razem znacznie bardziej kameralne niż poprzednio, kiedy „Morderca z Mercedesa” chciał wysadzić w powietrze całą halę koncertową pełną młodych ludzi. W tym wypadku śmierć grozi tylko tym, którzy staną na drodze nowemu psycholowi – a jest to m.in. sympatyczna rodzinka poszkodowana swego czasu podczas pierwszego ataku „Mercedesa” na tłum ludzi zgromadzonych pod City Center. I to akurat żaden problem, taka kameralność wręcz powieści służy, podobnie zresztą jak mnogość odniesień do masakry z pierwszej części cyklu (tu widzimy ją z nieco innego punktu widzenia, co wypada nadzwyczaj ciekawie). Interesująco wypada również przedstawienie nowego mordercy jako oddanego wielbiciela literatury, siłą rzeczy przywodzące na myśl genialną „Misery” – w końcu facet zabija swojego ulubionego autora tylko dlatego, że nie spodobało mu się jak rozstrzygnął losy pewnej popularnej postaci. Nie mam też pretensji o to, że tak długo trzeba czekać na pojawienie się bohaterów znanych z poprzedniej książki – dodaje to tylko nowej historii znamion oryginalności. Tyle, że kiedy już myślimy, że Kingowi udało się stworzyć kolejną naprawdę dobrą powieść, wszystko zaczyna się rozłazić – bohaterowie zachowują się coraz mniej przekonująco i gadają coraz sztywniej, kule nagle przestają zabijać, a King bardziej skupia się na tym żeby na siłę spleść ze sobą jak najwięcej rozpoczętych wątków i jak najbardziej umoralnić całą opowieść, niż na tym żeby jak najdłużej trzymać nas za gardło, jak to miało miejsce w finale „Pana Mercedesa”. A przecież wszyscy wolimy jak King przemawia do nas z pozycji kumpla, a nie z pozycji wymądrzającego się tatuśka – i dlatego ostatnie, wydumane strony tej powieści tak mnie drażnią.

No i jeszcze dlatego, że przez pierwszych dwieście stron z hakiem bawiłem się naprawdę dobrze.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *