Scanner Cop | ★★★

scanner cop miniNa początku był film kanadyjskiego mistrza horroru Davida Cronenberga pt. „Scanners”. Reżyser miał już wówczas na swym koncie kilka interesujących tytułów (m.in. powstałe w latach 70. „Dreszcze”, „Wściekłość” i szczególnie udane „Potomstwo”), ale to właśnie „Scanners” z 1981 roku okazał się jego pierwszym prawdziwym przebojem i sprawił, że nazwisko artysty poznał cały świat. Futurystyczny thriller Cronenberga opowiada o grupie ludzi o szczególnych zdolnościach telekinetycznych – a więc tytułowych „skanerach” – dzielących się na tych, którzy starają się wieść normalne życie używając tłumiącego ich nadzwyczajną moc leku o nazwie ephemerol oraz na renegatów, którzy chcą wykorzystać swe umiejętności aby nieść zniszczenie.

Jak zwykle w przypadku dzieł tego reżysera mamy do czynienia z licznymi podtekstami społeczno-politycznymi, pojawia się tu więc m.in. krytyka systemu nowoczesnych korporacji oraz nawiązanie do skandalu z talidomidem – popularnym w latach 50. i na początku lat 60. lekiem, który zażywany przez kobiety w ciąży powodował powikłania płodu (u Cronenberga w podobny sposób zostaje wyjaśnione pochodzenie tytułowych bohaterów). Tym, co jednak najgłębiej zapadło w pamięć widzom oglądającym przed laty „Scanners”, była scena finałowego pojedynku pomiędzy dwoma uzdolnionymi telekinetycznie mężczyznami oraz krótki fragment, w którym w wyniku ataku bezwzględnego skanera głowa jednego z bohaterów wybucha rozbryzgując wokół krwawe strzępy. Gdy film Cronenberga ukazał się na kasetach – a należy pamiętać, że wczesne lata 80. były okresem kiedy rynek wideo przeżywał gwałtowny rozkwit – scena z rozrywaną głową ze „Scanners” należała do „najczęściej pauzowanych” przez użytkowników odtwarzaczy VHS: widzowie zaintrygowani nią w trakcie kinowego seansu teraz mogli wreszcie przyjrzeć się jej klatka po klatce, sprawdzając w którym dokładnie momencie spece od efektów specjalnych zastąpili aktora tracącym głowę manekinem.

Cronenberg nie był zainteresowany kontynuowaniem historii opowiedzianej w swoim filmie, ale po sukcesie finansowym „Scanners” (film zarobił kilkanaście milionów dolarów) nakręcenia drugiej części nie potrafili sobie odmówić producenci. I tym razem postanowiono jednak oddać scenariusz w ręce Kanadyjczyka: reżyserem drugiej i trzeciej części sagi o skanerach został Christian Duguay. „Scanners II: Nowy porządek” (1991) to opowieść o synu głównych bohaterów filmu Cronenberga, który w trakcie rozwoju akcji poznaje swoją prawdziwą tożsamość, poszukuje zaginionej siostry, stacza walkę ze zbuntowanym skanerem i za pomocą dość brutalnych metod walczy o równouprawnienie podobnych mu ludzi. Duguayowi dość dobrze udało się tu skopiować chłodny klimat wyobcowania znany z dzieła Cronenberga, ale tak naprawdę nie dodał nic ciekawego do tego, co już wiedzieliśmy o naturze skanerów, a nadmiar sadystycznych scen (popartych niezłymi efektami specjalnymi) może wywoływać niesmak.

Powstały w rok później „Scanners III” nie ratował sytuacji. Tym razem Duguay opowiadał nam o uroczej młodej skanerce, która pod wpływem eksperymentalnego leku zamienia się w osobę ogarniętą żądzą mordu i władzy. Jedyną osobą, która jest w stanie stawić jej czoła jest jej brat. Trzeci film o skanerach pełen jest mało prawdopodobnych rozwiązań fabularnych i zmierza ku bardzo naciąganemu finałowi, ale ma jedną zaletę: występującą w głównej roli polską aktorkę Lilianę Komorowską, ówczesną żonę Duguaya. Komorowska, która przed emigracją do Kanady zagrała m.in. w „Austerii” Jerzego Kawalerowicza czy „Kontrakcie” Krzysztofa Zanussiego, sprawia, że wbrew zdrowemu rozsądkowi chce się oglądać „Scanners III” do samego końca. Pozornie niewinna, potrafi przekonująco pokazać niepokojącą metamorfozę swojej bohaterki i nawet w najbanalniejszej scenie emanuje zmysłowością. Szkoda tylko, że trafił jej się w tym cyklu akurat tak słaby film.

Po słabych recenzjach dwóch kontynuacji filmu Cronenberga wydawało się, że to już ostateczny koniec serii. Wkrótce postanowiono dać jednak skanerom jeszcze jedną ekranową szansę. Tym razem za film zabrali się już Amerykanie, ale posadę reżysera ponownie powierzono Kanadyjczykowi: producentowi wykonawczemu trzech wcześniejszych odsłon cyklu o skanerach, Pierre’owi Davidowi. Aby odciąć się od poprzednich sequeli nowy projekt zatytułowano „Scanner Cop” (1994) i postanowiono połączyć w nim tematykę niepokojącego sci-fi z formułą kina policyjnego. Dla Davida był to co prawda reżyserski debiut, ale mimo wszystko udało mu się stworzyć najciekawszy z dotychczasowych filmów inspirowanych słynnym dziełem Cronenberga.

Tytułowym skanerem-gliniarzem jest Samuel Staziak (Daniel Quinn) – młody facet obawiający się, że podobnie jak jego ojciec popadnie w szaleństwo w związku z halucynacjami wywoływanymi przez jego silne zdolności telekinetyczne. Aby wytłumić skutki uboczne bycia skanerem, Sam codziennie przykładnie łyka przynoszący mu ulgę ephemerol. Kiedy jednak okaże się, że niezwykły talent policjanta może się przydać, aby ochronić świat przed niebezpiecznym psychopatą, doktorem Karlem Glockiem (Richard Lynch), ephemerol idzie w odstawkę i nasz bohater po raz pierwszy zyskuje szansę przetestowania swoich umiejętności czytania myśli i rozłupywania głów wrogów za pomocą jednego głębokiego spojrzenia w oczy.

David, w przeciwieństwie do Duguaya, oparł się pokusie mnożenia scen zabijania za pomocą myśli i postawił przede wszystkim na stworzenie wciągającej fabuły i ciekawych postaci. Występujący w głównej roli Quinn wydaje się początkowo zbyt mięczakowaty jak na ten rodzaj kina, ale z biegiem czasu zyskuje sobie nasze pełne poparcie, a para jego zaciekłych przeciwników (granych przez Lyncha i demoniczną Hilary Shepard) jest na tyle wredna, że szybko zaczynamy sobie życzyć żeby gliniarz-skaner miał wreszcie możliwość jak najgłębszego spojrzenia im w oczy.

Film ma niezłe tempo, akcji towarzyszy syntetyczna, ale dobrze dopasowana ścieżka dźwiękowa Louisa Febre (który obecnie komponuje m.in. dla seriali „Smallville” i „Doctor Who”), a zdjęcia pogrążonego we mgle Los Angeles w wykonaniu Jacquesa Haitkina („Koszmar z ulicy Wiązów”, „Ukryty”, „Shocker” czy „Władca życzeń”) tradycyjnie cieszą oko i pomagają budować odpowiednią atmosferę. Co zaś najważniejsze, reżyserowi filmu udaje się w kluczowych momentach stworzyć całkiem niezłe napięcie – proszę mi nawet nie mówić, że komukolwiek udało się nie spocić ze strachu kiedy w finale roztrzęsiony odstawieniem ephemerolu Staziak musi ratować życie swojego przybranego ojca!

Pełny tekst we wkładce do polskiego wydania DVD filmu „Scanner Cop”.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *