Ryszard Sygitowicz – Bez grawitacji | ★★★★½

bez grawitacji recenzjaW popkulturze rok 2015 upłynął w dużej mierze pod znakiem sentymentalnego powrotu do stylistyki lat 80. Tęsknota za graniem z tej barwnej dekady przyczyniła się też pewnie do reedycji pierwszej solowej płyty gitarzysty Perfectu Ryszarda Sygitowicza, która w 30-tą rocznicę pierwszego wydania nareszcie pojawiła się u nas na srebrnym krążku.

Materiał zamieszczony na „Bez grawitacji” powstał podczas czterech sesji, które odbyły się w studiu Polskiego Radia w latach 1983-84. Z jednej strony, oznaczało to, że Sygitowicz i jego muzycy sesyjni nagrywali wszystko na większym luzie, po parę kawałków za każdym podejściem, nie martwiąc się przy tym, by cokolwiek dogrywać na siłę bo „musi być z tego płyta” (dopiero po zakończeniu ostatniej sesji padła propozycja, aby zebrać nagrane utwory na jednym krążku). Z drugiej strony – i jest to w zasadzie jedyny zarzut względem albumu – osłabiło to trochę spójność materiału ponieważ w różnych kompozycjach partie perkusji powierzono różnym muzykom (Wojciechowi Morawskiemu z Perfectu oraz bratu gitarzysty – Dariuszowi Sygitowiczowi), a w kilku ostatnich utworach wykorzystano nawet perkusję elektroniczną. Ten ostatni pomysł dodaje dziś co prawda albumowi „ejtisowego” posmaku, ale jednak nie do końca przegryza się z naturalnym, pełnym uczucia graniem Sygitowicza i basisty Arkadiusza Żaka.

Na szczęście wszystkie kompozycje, które wybrano z materiału powstałego w Polskim Radiu były tak mocne, że nie potrafiły ich popsuć nawet elektroniczne eksperymenty Sygitowicza. Największą sławę zyskał trzyminutowy, przesycony latynoską atmosferą utwór „Cavalcado”, ale przecież absolutnie w niczym nie ustępuje mu otwierający całość i bardzo podobny duchem „Opóźniony do Bostonu” (i w jednym, i w drugim słychać inspiracje twórczością Ala di Meoli), a w pozostałych siedmiu numerach gitarzysta z powodzeniem sprawdza się w szeregu całkowicie odmiennych klimatów. Mamy tu więc rozleniwiony (w końcu tytuł zobowiązuje) utwór „Na kacu”, zwiewne, balladowe „Niespełnienie” oraz natchniony „Opus 1983”, ale także pobrzmiewającego „afrykańsko” „Jamalla (Wielbłąda)”, swojskiego, wesołego „Przybłędę” czy pełną iście jazzowego rozmachu, ośmiominutową kompozycję tytułową ze wspaniałą saksofonową solówką Zbigniewa Namysłowskiego. Spośród czterech utworów dodanych do reedycji najlepiej wypadają natomiast nastrojowe „Gwiezdne łąki” (gdzie ponownie słyszymy saksofon Namysłowskiego) i niemalże transowy „Czarny matecznik”. Pełne energii kompozycje „Odrzucony narzeczony” oraz „Wesoły klucznik” też oczywiście nie wypadają źle i nie można im odmówić chwytliwości, ale w porównaniu z resztą materiału sprawiają wrażenie dokonań o nieco mniejszej sile rażenia.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *