Ramsey Campbell – wywiad

Zdjęcie: (c) Liverpool Daily Post

Jeszcze do niedawna można było nazwać Ramseya Campbella (ur. 4 stycznia 1946 r. w Liverpoolu) najbardziej niedocenianym autorem horrorów w naszym kraju. Choć w Stanach Zjednoczonych i wielu krajach Europy od dziesięcioleci uznaje się go za jednego z największych twórców gatunku, porównywanego do samego H.P. Lovecrafta, po polsku ukazała się zaledwie jedna jego powieść („Wieża strachu”) oraz garstka opowiadań. Początek bieżącego roku zwiastował jednak zmianę tej sytuacji – niemal jednocześnie pojawiła się w naszych księgarniach świetna książka Campbella pt. „Najciemniejsza część lasu” (oryginalnie wydana w 2003 r.), klaustrofobiczne opowiadanie jego autorstwa zatytułowane „Głęboko” zasiliło udany zbiór „Wielka księga horroru”, a w pojawiających się od tego czasu zapowiedziach można znaleźć kolejne jego teksty (m.in. opowiadanie „Tam, w dole” wchodzące w skład „Wielkiej księgi potworów”).

I bardzo dobrze. A jeśli krajowi wydawcy chcą się poważnie zabrać za prezentację dorobku tego szalenie utalentowanego Brytyjczyka, jest w czym wybierać: Campbell ma na swoim koncie trzydzieści powieści i całe mnóstwo opowiadań. A co ważne, większość z tych tekstów stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nikt, kto nie zna największych osiągnięć tego pisarza nie może z czystym sumieniem powiedzieć, że wie już czym jest wybitna literatura grozy.

Przy okazji rozmowy z Nową Fantastyką Campbell nie tylko zdradza które ze swoich książek lubi, a za którymi nie przepada i wyraża opinię na temat dotychczasowych ekranizacji swojej prozy, ale też dzieli się z nami swoją opinią na temat twórczości Davida Lyncha, Kazuo Ishiguro i Vladimira Nabokova.

Gdybyś miał dziś ocenić swoją pierwszą powieść, „The Doll Who Ate His Mother” z 1976 r., powiedziałbyś „Miałem kupę szczęścia, że mi ją wydano” czy raczej „Dziwię, że już wtedy tak dobrze pisałem”?

Cóż, nie była to pierwsza książka, którą napisałem, ani też pierwsza, która ukazała się drukiem. Wcześniej udało mi się już wydać trzy zbiory krótszych tekstów. I bez wątpienia miałem dużo szczęścia, że opublikowano pierwszy z nich zatytułowany „The Inhabitant of the Lake”, gdzie próbowałem imitować Lovecrafta. W nieco późniejszych opowiadaniach szukałem już czegoś, co można by nazwać moim własnym stylem – widać to w zbiorze „Demons by Daylight”, a z kolei teksty z „The Height of the Scream” są dowodem na to, że w pewnym momencie trochę na siłę próbowałem przeskoczyć sam siebie. W każdym razie wszystkie te wczesne teksty pozwoliły mi na szlifowanie techniki pisarskiej, a dłuższe historie – takie, jak chociażby „Dolls” – przygotowały mnie do stworzenia pierwszej powieści. Moim zdaniem najlepiej jest wprawiać się w pisaniu krótszych tekstów przed rzuceniem się na jakiś projekt o gigantycznych rozmiarach.

A wracając do „The Doll Who Ate His Mother”, wydaje mi się, że to w dość oczywisty sposób debiutancka powieść. Lubię niektóre jej fragmenty, na przykład finał rozgrywający się w piwnicy, i wciąż wydaje mi się, że dość dobrze wykorzystałem główny wątek fabularny – a więc potwora, który może być zarówno produktem chrześcijańskiej nietolerancji, jak i czarnej magii czy zwichrowanej psychiki. Czuję też pewną słabość wobec okultysty Johna Stronga i jego przerażającej książki – zresztą do tego stopnia, że cytuję ją też w swojej nowej powieści „Creatures of the Pool”. W każdym razie, uważam, że „The Doll Who Ate His Mother” to dość niejednolita książka – widać, że dopiero uczyłem się wtedy jak pisać.

Powieść „The Face That Must Die” opublikowana w 1979 r. należy do moich ulubionych książek grozy. Z tego co wiem jest to też jedno z twoich najbardziej osobistych dzieł?

Na pewno jest to bardzo osobista opowieść. Wywodzi się ona z obserwacji mojej matki – stworzyłem tam jej portret psychologiczny, opisałem wszystkie jej lęki i uprzedzenia. Widząc zupełnie obcych ludzi bardzo często była przekonana, że poznaje znajomą twarz i stąd taki, a nie inny punkt wyjściowy tej historii. (Główny bohater powieści, Horridge, jest przekonany, że w twarzach napotykanych osób rozpoznaje rysy psychopatycznego mordercy – i surowo każe ich za jego zbrodnie. – przyp BP) Moim zdaniem najbardziej przerażające w „The Face That Must Die” wcale nie jest to, co Horridge robi swoim ofiarom, jakkolwiek okrutne rzeczy by to nie były, ale raczej wyobrażenie sobie co byśmy czuli, gdybyśmy siedzieli w skórze tego faceta. Zresztą to pewnie właśnie taki punkt widzenia sprawił, że ogromnie trudno było sprzedać tę książkę wydawcy, ale wydaje mi się, że za to całkiem nieźle wytrzymała ona próbę czasu.

Powieść „The Parasite” napisaną w 1980 r. uważasz za swoje najsłabsze dzieło choć odniosła ona całkiem spory sukces i zdobyła British Fantasy Award. Dlaczego akurat z tej książki nie jesteś dumny?

Odnoszę wrażenie, że trochę w niej przesadziłem – próbowałem wymyślić jak najstraszniejsze sceny i ostatecznie niektóre z nich okazały się raczej obrzydliwe niż przerażające. Chyba nie udało mi się też w niej zachować odpowiedniej równowagi w wątkach paranormalnych i niektóre fragmenty ocierają się o banał. Najlepszym na to przykładem jest scena z kotem bądź ta, w której dochodzi do wypadku samochodowego – są one tak banalne, że nie sposób traktować ich na serio. Są jednak w tej książce pojedyncze fragmenty, które bardzo lubię – jak choćby te, gdzie pojawiają się wizje – ale, podobnie jak w przypadku mojej późniejszej powieści pt. „The Hungry Moon”, mogę tylko żałować, że pozostałe strony to jeden wielki bałagan.

„Wieża strachu”, oryginalnie opublikowana w 1989 r., była do niedawna twoją jedyną powieścią wydaną w Polsce. Uważasz, że stanowi ona dobre wprowadzenie dla czytelników, którzy chcą się zapoznać z twoim sposobem pisania horrorów?

Lubię tę książkę, chociażby dlatego, że umożliwiła mi zagłębienie się w świat klasycznych filmów grozy. Zgadzam się jednak z S. T. Joshim, który jakiś czas temu dokonał oceny całego mojego literackiego dorobku, że wątek filmowy nie został najzręczniej wpleciony w fabułę powieści. To zresztą jeden z powodów, dla których zdecydowałem się później stworzyć dość podobną historię w „The Grin of the Dark”. Mam nadzieję, że za drugim razem wypadło to lepiej. A „Wieżę strachu” można też uznać za jedyną w moim przypadku próbę zmierzenia się z powieścią wampiryczną, rozumianą w ten sposób, że wspominam o wampirycznej naturze pewnej arystokratycznej rodziny, a nawet daję owej rodzinie nazwisko Redfield. Swego czasu Joe Dante chciał zekranizować tę historię, ale niestety nic z tego nie wyszło.

Niestety polscy czytelnicy nie mieli też jak dotąd okazji zapoznać się ze zbyt wieloma opowiadaniami twojego autorstwa, jednak te, które się w naszym kraju ukazały były przynajmniej niezłe: w zbiorze „999” można było przeczytać groteskową „Rozrywkę”, a w zbiorze „Tygrys tu, tygrys tam” – „Sztuczkę”. W drugim z nich zastosowałeś swój słynny chwyt: ostatnie zdanie stanowi ostrą puentę, o której pamięta się długo po zakończeniu lektury. Jak wspominasz te dwa teksty?

Zdarzało mi się pisać gorsze rzeczy. „Sztuczki” na pewno nie napisałbym po tym, jak zostałem ojcem – chyba trochę zbyt nieodpowiedzialnie obchodzę się tam z młodymi bohaterami. Pewnie, że można pisać opowiadania ukazujące bezbronność dzieci i sposób, w jaki dorośli ignorują wszystkie ich obawy – w końcu sam robiłem to jeszcze w tak różnych historiach, jak „Claw” i „The Last Voice They Hear” ponieważ bardzo mnie ta tematyka pociąga – ale w „Sztuczce” zostawiłem te dzieciaki sam na sam z nadnaturalnym potworem, któremu tak naprawdę brakowało jakiejś sensownej motywacji działania.

„Rozrywka” to natomiast jedna z moich paranoicznych komedii, a nie ukrywam, że lubię tworzyć w tym stylu. Pisząc ten tekst sam się parę razy nieźle uśmiałem. Po raz pierwszy na poważnie zabrałem się za tego rodzaju twórczość przy pracy nad powieścią „Needing Ghosts” i fakt, że było tam tyle elementów komediowych bardzo mnie zaskoczył. Zresztą cała ta historia mnie zaskoczyła.

Moim ulubionym zbiorem opowiadań twojego autorstwa – i jednym z moich ulubionych zbiorów opowiadań grozy w ogóle – jest książka „Alone with the Horrors”, w której można znaleźć takie niezapomniane teksty, jak „The Chimney”, „Again”, „The Man in the Underpass” i wiele, wiele innych. Też postrzegasz ten zbiór jako coś wyjątkowego?

No tak, z założenia miała to być próba zebrania najlepszych tekstów, jakie opublikowałem w ciągu trzydziestu lat. W wyborze opowiadań pomagali S. T. Joshi i świętej pamięci James Turner, a przynajmniej za jedną z sugestii był także odpowiedzialny J. K. Potter – zaproponował włączenie do zbioru opowiadania „Baby”. Lubię wiele historii z „Alone with the Horrors”, ale są też inne, które chętnie bym tam zobaczył, na przykład „The Guide”. Jim Turner twierdził jednak, że na tę książkę mają się składać wyłącznie teksty, których nikt poza mną nie mógłby napisać – to jego sformułowanie, nie moje – i w związku z tym „The Guide”, będący do pewnego stopnia pastiszem, wyleciał niezależnie od tego, jak bardzo go lubię.

Jedynym zbiorem twoich opowiadań, który spotyka się z nienajlepszymi recenzjami jest ten, który opublikowałeś w 2008 r., zatytułowany „Inconsequential Tales”. Zresztą we wstępie nawet ty sam odnosisz się do tych tekstów z dużą rezerwą. Dlaczego więc zdecydowałeś się je wydać w formie książki?

Wszelkie pretensje możesz zgłaszać do S. T. Joshiego – to był jego pomysł! Ale co tam, przynajmniej miałem trochę zabawy pisząc komentarze do tych opowiadań. („Inconsequential Tales” to zbiór 25 wcześniej niepublikowanych w formie książkowej i, wedle słów samego Campbella, dość „koślawych” tekstów, które niejednokrotnie wykraczają poza ramy horroru – przyp. BP.)

Twoja najnowsza powieść, „The Seven Days of Cain”, ma się ukazać jeszcze w 2010 r. – czego możemy się po niej spodziewać?

Na razie nie nabrałem jeszcze do niej wystarczającego dystansu żeby móc ją jakoś ocenić, ale wydaje mi się, że wyszła z tego książka o stracie. Na pewno nie będzie jej można zaliczyć do tych bardziej zabawnych powieści w moim dorobku. Opowiada ona o mroczniejszych właściwościach Internetu, co w pewnym sensie czyni ją uzupełnieniem powieści „The Grin of the Dark”. Moja żona, która zawsze jest moim pierwszym czytelnikiem, twierdzi, że to bardzo niepokojąca historia, a z doświadczenia wiem, że to dobrze wróży tej książce.

Twoje opowiadania i powieści były wyróżniane wieloma ważnymi nagrodami, m.in. Bram Stoker Award czy World Fantasy Award. Czy wpłynęło to w znaczący sposób na twoją karierę pisarską?

Moi wydawcy twierdzą, że nie ma to absolutnie żadnego wpływu na wzrost mojej popularności. Ale na pewno każde tego typu wyróżnienie sprawia, że ma się poczucie wykonania dobrej pisarskiej roboty.

Lubisz powtarzać, że „piszesz horrory”, ale można odnieść wrażenie, że ogromny wpływ mają na ciebie przede wszystkim autorzy głównego nurtu, tacy jak Graham Greene, Iris Murdoch czy Vladimir Nabokov. Jak to wyjaśnisz?

Przede wszystkim, horror wywodzi się mimo wszystko z literatury głównego nurtu – przez długie lata opowiadania grozy zamieszczano w różnego rodzaju antologiach tuż obok powszechnie szanowanych tekstów głównonurtowych. Przykładem może być chociażby zbiór Nigela Kneale’a pt. „Tomato Cain” albo wybory tekstów Elizabeth Bowen czy L. P. Hartleya.

A czy jestem głównie pod wpływem autorów głównego nurtu? Trudno powiedzieć, zdaję sobie sprawę jak wiele zawdzięczam twórczości Poego, M. R. Jamesa, Lovecrafta, a zwłaszcza Leibera. Faktem jest jednak, że jak tylko skończyłem pisać swoją pierwszą opublikowaną książkę, a więc w roku 1963, zacząłem też rozwijać swoje zainteresowania czytelnicze i także w dziełach głównonurtowych zdarzało mi się znajdować niepokojące fragmenty – w „Lolicie” Nabokova, w „Brighton Rock” Grahama Greene’a, w powieściach Samuela Becketta i Thomasa Hinde’a oraz wielu innych. To samo dotyczy filmów, chociażby takich, jak „Zapomniani” Buñuela, „Przygoda” i „Zaćmienie” Antonioniego czy „Zeszłego roku w Marienbadzie” Resnaisa. Wszystko to bez wątpienia ukształtowało moją pisarską świadomość.

Wiem, że podziwiasz Nabokova za to, jak potrafi rozkoszować się słowem pisanym. Ciekawi mnie jednak którą ze stworzonych przez niego historii uważasz za najbardziej niepokojącą?

Zdecydowanie „Nieprawe godło” (znane również pod tytułami „Skośnie w lewo” oraz „Z nieprawej strony” – przyp. BP). Wrażenie robi zwłaszcza kliniczny opis śmierci chłopca – właśnie przez zastosowane w nim całkowite oderwanie emocjonalne narratora od przedstawianego wydarzenia.

Lektura książki S.T. Joshi’ego pt. „Ramsey Campbell and Modern Horror Fiction” musiała być dla ciebie niezwykle satysfakcjonująca, zgadza się? W końcu Joshi nazywa cię „niedoścignionym twórcą gatunku” i wychwala cię za „nie uleganie oczekiwaniom rynkowym”…

Miły z niego gość! Ale faktycznie cieszę się, że mogę pisać o tym, co zalęgło się w mojej wyobraźni bez oglądania się na oczekiwania rynku. Szczególne podziękowania składam w związku z tym Pete’owi Crowtherowi z PS Publishing, dzięki któremu takie moje podejście do pracy jest w ogóle możliwe.

Joshi słusznie zauważa, że twoje dialogi brzmią zawsze niezwykle naturalnie i przekonująco. Porównuje je zresztą z tymi, które tworzył Nabokov.

Cóż, zawsze się staram pisać dialogi, które odzwierciedlałyby rzeczywistą wymianę zdań. Po prostu próbuję wyobrazić sobie jak w danej sytuacji rozmawialiby ze sobą prawdziwi ludzie.

Adaptacja twojej powieści pt. „The Nameless” w reżyserii Jaume Balagueró (znana u nas jako „Bezimienni”) to ponury i szalenie atrakcyjny wizualnie thriller, który moim zdaniem nie oddaje jednak w pełni atmosfery książkowych wydarzeń. Jak się czułeś kiedy po raz pierwszy obejrzałeś ten film?

Miało to miejsce w Madrycie – ludzie z wytwórni Filmax zorganizowali mi przelot żebym pomógł w jego promocji i kamień spadł mi z serca kiedy okazało się, że jeśli chodzi o większość aspektów jestem z tej ekranizacji zadowolony. Do najodważniejszych posunięć Jaume należało pozbycie się wszystkich elementów nadnaturalnych, ale osobiście nie miałem nic przeciwko temu, myślę, że ten pomysł nieźle się sprawdził.

Mnie film rozczarował już od pierwszych scen – uwielbiam samo wprowadzenie do książkowej fabuły, a więc fragment, w którym córka głównej bohaterki zostaje uprowadzona, a Balagueró praktycznie wyrzucił ten wątek do kosza żeby jak najszybciej przejść do głównej części historii. Takie zabiegi sprawiają, że nie udaje mu się odtworzyć napięcia, jakie znalazłem w twojej książce.

Ja muszę przyznać, że odnajduję w tej adaptacji autentyczny niepokój, zwłaszcza w scenach rozgrywających się w opuszczonych budynkach – były to zresztą autentyczne miejsca, a nie filmowe dekoracje, a bardzo dobrze oddawały ducha miejsc, które opisałem w książce. Zresztą Jaume od początku tłumaczył mi, że zależy mu właśnie na odtworzeniu książkowego poczucia niepokoju. Moim zdaniem, udało mu się tego dokonać.

A jak ci się podobało filmowe zakończenie? Różni się od książkowego i wywołało swego czasu sporo kontrowersji wśród fanów książki.

Byłem pod jego wrażeniem. Nie spodziewałem się, że będzie jeszcze mroczniejsze niż w oryginale!

Kolejną adaptacją twojej prozy był film Paco Plazy zatytułowany „Second Name” oparty na fabule książki „Pact of the Fathers”. Ogromnie mi się podobały jego pierwsze sceny i w ogóle trudno się nie zgodzić, że z wizualnego punktu widzenia jest to dzieło przepiękne, ale wraz z rozwojem akcji podobało mi się coraz mniej. Co twoim zdaniem poszło w tym wypadku nie tak?

Kiedy promowałem „Bezimiennych” w hiszpańskiej telewizji, wspomniałem, że pracuję nad powieścią zatytułowaną „Pact of the Fathers”. Z miejsca zainteresowali się nią ludzie z wytwórni Filmax i przedstawili mi odpowiednią ofertę, na co ja przesłałem im szkic powieści, który wcześniej przygotowałem dla wydawcy. To była najgorsza książka, jaką napisałem od lat i moja redaktorka, Melissa Singer, słusznie zasugerowała później wprowadzenie wielu korzystnych zmian. Filmax nigdy nie poznał tej ulepszonej wersji i zdaje się, że ich scenarzysta – też zresztą pisarz – starał się na własną rękę zrobić coś sensownego z tamtą historią. Oczywiście miał do tego prawo, ale prawda jest taka, że film nie ma zbyt wiele wspólnego ani z moim pierwotnym szkicem, ani z książką „Pact of the Fathers”.

Ciekawa sprawa, że dwie jedyne jak dotąd adaptacje twoich powieści zostały zrealizowane przez hiszpańskich filmowców – a do tego tych, którzy parę lat temu połączyli siły i stworzyli przebojowy horror pt. „[REC]”. Przy okazji – jak ci się on podobał?

Był naprawdę niezły, a ostatnia sceną autentycznie mnie przeraziła.

Jaki miałeś udział w tworzeniu krótkometrażowego dreszczowca pt. „Joyride” w reżyserii Jima Gillespie (który to film można znaleźć na wydaniu Blu-ray popularnego horroru „Koszmar minionego lata” tego samego reżysera)?

Nakreśliłem zarys historii, którą później wykorzystali filmowcy – tej o mężczyźnie zamkniętym w bagażniku samochodu podczas pościgu.

Jakiś czas temu pojawiły się plotki o tym, że John Carpenter chce się zabrać za adaptację twojej powieści „The Hungry Moon”. Faktycznie była na to szansa? Bardzo chętnie obejrzałbym ten film!

Zdaje się, że John ekscytował się tym pomysłem w emitowanym przez BBC programie telewizyjnym Horror Café, w którym pojawili się także: Roger Corman, Clive Barker, Pete Atkins, Lisa Tuttle i ja. Z tego co wiem, żadnych poważniejszych dyskusji na temat jednak nie było. Szkoda, faktycznie mogłoby z tego wyjść coś ciekawego.

Powiedziałeś kiedyś, że twoim marzeniem byłoby obejrzenie adaptacji powieści „Needing Ghosts”, którą napisałeś przed dwudziestu laty, w reżyserii Davida Lyncha. Trzeba przyznać, że atmosfera takich filmów, jak „Zagubiona autostrada” albo „Mulholland Drive” idealnie pasowałaby do tej historii. Z tym, że ostatnie dokonanie Lyncha, nieznośnie długi i praktycznie pozbawiony fabuły „Inland Empire”, świadczy o tym, że niekoniecznie byłby on dziś zainteresowany opowiedzeniem jakiejkolwiek klarownej historii…

Mam wrażenie, że w „Inland Empire” Lynch próbował dokonać tego, co nie do końca wyszło mu w przypadku „Mulholland Drive” – filmie, który też zresztą bardzo sobie cenię. Chciał stworzyć historię, która w prawdziwie surrealistyczny sposób uniemożliwia wszelkie próby jej interpretacji. Na mnie ten film zrobił wrażenie, zwłaszcza kiedy oglądałem go po raz drugi. Gdyby był tak intensywny, jak niektóre wcześniejsze dzieła Lyncha to przy jego trzygodzinnym czasie trwania mogłoby się to okazać nie do zniesienia. W każdym razie muszę przyznać, że spore fragmenty „Mulholland Drive”, „Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną”, a zwłaszcza „Zagubionej autostrady” uważam za absolutnie przerażające, doprowadzające moje nerwy do granic wytrzymałości. W pewnym sensie Lynch używa podobnej techniki tworzenia napięcia, co Hitchcock, ale w jego przypadku służy ona mnożeniu zagadek, co zresztą wcale nie wyklucza emocjonalnego zaangażowania widza, wręcz przeciwnie.

Kiedy ostatnio obejrzałeś horror, który powalił cię na łopatki?

Bardzo podobał mi się „Trójkąt” Christophera Smitha, który prowadzi do niezwykle niepokojącego, wyjętego z najgorszych koszmarów finału. Ale ostatnim naprawdę świetnym mrocznym i wywołującym ciarki filmem, jaki widziałem jest „Niebieskie światło” w reżyserii Leni Riefenstahl, który nareszcie zdobyłem na płycie DVD. Czekałem na ten tytuł od kilkudziesięciu lat, od kiedy dowiedziałem się, że to ulubiony film mojego starego kumpla, Roberta Aickmana. Momentami może się on kojarzyć z wczesnymi horrorami z wytwórni Universal, ale jest od nich znacznie bardziej tajemniczy. To na długo pozostająca w pamięci baśń z prawdziwego zdarzenia.

A jaka książka grozy sprawiła ostatnio, że wręcz poczułeś się o nią zazdrosny?

„Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro, która jest napisana tak zwyczajnym językiem, jakby narrator starał się nam wmówić, że te wszystkie straszne rzeczy to tak naprawdę nic niezwykłego. Moją ulubioną powieścią Ishiguro jest zdecydowanie „Niepocieszony”, ale „Nie opuszczaj mnie” na pewno wywołuje największe dreszcze.

Pierwotnie wywiad ukazał się w Nowej Fantastyce nr 6/2011:

nf6-2011

 

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *