Powstanie Warszawskie | ★★★½

powstanie warszawskieA więc mamy „pierwszy na świecie dramat wojenny non-fiction”, czyli film fabularny o piekle Powstania Warszawskiego zmontowany z nakręconych 70 lat temu zdjęć dokumentalnych, pod które podłożono głosy współczesnych aktorów. Efekt? Na przemian wstrząsający i irytujący – ale też jest to jeden z tych filmów, które bez względu na pewne niedoskonałości, na pewno warto obejrzeć.

Fabuła, którą postanowiono wzbogacić zdjęcia z powstańczej kroniki jest prosta, ale wciągająca: zapalony operator Karol postanawia utrwalić na taśmie filmowej dramaty rozgrywające się w walczącej części Warszawy (a później także poza nią). Pomaga mu w tym młodszy brat Witek, który co prawda narzeka, że wolałby brać czynny udział w starciach z wrogiem niż biegać z kamerą, ale ostatecznie daje się przekonać, że filmując powstanie również pomaga, „tylko w inny sposób”. Początkowo niepewni jeszcze czy wszystko się uda, chłopcy inscenizują sceny walk i flirtują z filmowanymi dziewczętami, ale z biegiem czasu coraz śmielej pchają się z kamerą w sam środek krwawych wydarzeń – i widzą więcej, niż chcieliby zobaczyć.

Film zrealizowany według pomysłu Jana Komasy (reżysera kontrowersyjnej „Sali samobójców” i nadchodzącego „Miasta 44”) nie stara się ani uzasadniać, ani krytykować wybuchu powstania. Po prostu pokazuje jak dramatycznie przedstawiało się ono „od wewnątrz”, widziane oczyma młodych ludzi, którzy nie mieli zamiaru godzić się na życie w niewoli. Przemożna chęć pomszczenia narodu polskiego na każdym kroku przeplata się z paraliżującym strachem; gotowość do wzięcia udziału w walkach na pierwszej linii frontu przeplata się z pragnieniem życia. Niby powstańcy widzieli już wszystko i nic nie potrafi ich zaszokować, ale kiedy ginie ktoś bliski, nie potrafią o tym napisać w liście do domu. Niby najchętniej pozabijaliby niemieckich żołnierzy gołymi rękami, ale kiedy przyjdzie im wykurzyć wrogów z jakiejś piwnicy i wziąć ich w niewolę, nie bardzo wiedzą co z nimi robić. I wcale nie mają poczucia jakiegoś wspaniałego zwycięstwa bo żołnierze po przeciwnej stronie barykady to często przecież ludzie jak oni – młodzi, przestraszeni, wbrew sobie wplątani w horror zwany wojną.

„Powstaniu Warszawskiemu” na pewno nie brak odpowiedniego dramatyzmu: zaczyna się – jak na tę tematykę – stosunkowo lekko, z odrobiną humoru i z dystansem do całej tej „misji” filmowania wojny, aby potem powoli, ale nieodwołalnie przekształcać się we wstrząsającą, zrealizowaną z narażeniem życia kronikę piekła na Ziemi. Dodanie fabuły o braciach-filmowcach, którzy ku własnemu zdziwieniu odnajdują dość odwagi, aby wejść z kamerą tam, gdzie może ich spotkać śmierć, nie było złym pomysłem. I nawet jeśli jego realizacja początkowo drażni – dialogi wymieniane za kamerą przez obu bohaterów wypadają zanadto teatralnie (podobnie zresztą, jak znaczna część dubbingu pokazywanych na ekranie postaci) – to we wstrząsającym finale nadanie operatorom kamery tożsamości przynosi już odpowiedni efekt. I z tymi najważniejszymi, najbardziej emocjonalnymi scenami aktorzy podkładający głosy za Karola i Witka (Michał Żurawski i Maciej Nawrocki) radzą sobie znakomicie. A w budowaniu przygniatającego wrażenia, jakie robi końcówka filmu, spory udział ma również kompozytor Bartosz Chajdecki („Baczyński”, „Chce się żyć”, „Wkręceni”), potrafiący znakomicie dopasować dźwięki do ekranowych wydarzeń i w finale z mistrzowską precyzją stopniujący napięcie.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *