Phantasm | ★★★★★

phantasm recenzjaTo najlepszy zły horror, jaki znam. Brak w nim logiki, spójności, gładkiego montażu, profesjonalnego aktorstwa i nienagannych efektów specjalnych, ale jednocześnie jest dziełem tak hipnotyzującym i tak gładko wślizgującym się do naszej podświadomości, że po seansie nie sposób o nim zapomnieć. Nawet jeśli będziemy żartować sobie z jego słabości, po jednym seansie „Phantasm” zawsze już będzie z nami. I pewnie nieraz będziemy do niego wracać, coraz rzadziej skupiając się na jego niedociągnięciach, a częściej na niezwykłych zaletach.

Wraz z rozwojem fabuły wszystko w tym filmie zaczyna się plątać i wkraczać w coraz dziwniejsze rejony, ale początek zapowiada prostą historię: nastoletni Mike (Michael Baldwin) odkrywa, że właściciel miejscowego zakładu pogrzebowego wykrada trupy z trumien i wykorzystuje je do jakichś zupełnie niezrozumiałych celów. W rozwikłaniu zagadki Mike’owi będzie pomagał starszy brat (Bill Thornbury) i zaprzyjaźniony z nimi, zabawnie wyglądający lodziarz z kucykiem (Reggie Bannister). Przedzierając się przez kolejne warstwy koszmarnych tajemnic bohaterowie staną twarzą w twarz z morderczymi karłami, zostaną narażeni na przewiercenie mózgu w wykonaniu latających srebrnych kul i na parę sekund uchylą drzwi do innego świata. Przede wszystkim będą jednak musieli wyjaśnić mężczyźnie z zakładu pogrzebowego (Angus Scrimm), dlaczego mieszają się w nie swoje sprawy.

Założeniem reżysera Dona Coscarelliego było stworzenie filmu, który co pięć minut będzie kazał widzowi podskoczyć w fotelu i trzeba przyznać, że „Phantasm” nadzwyczaj godnie to zadanie spełnia. Może niektóre z zastosowanych w nim chwytów wyświechtały się już we wcześniejszych horrorach, ale wiele tu też pomysłów świeżych i rzeczywiście wyskakujących na nas z ekranu bez żadnego ostrzeżenia. Rewelacyjnie wypada postać grana przez Scrimma: wysoki, ponury facet w pogrzebowym garniturze, który potrafi przykuć uwagę maszerując w zwolnionym tempie przez miasto, a potem nagle rozregulować nam pracę serca puszczając się w dziki pościg za głównym bohaterem. I nie ma tu żadnej przesady: widok Scrimma zatrzymującego się w pół kroku, aby zachłysnąć się z rozkoszą chłodnym powietrzem uchodzącym z lodówki jest jednym z najbardziej pamiętnych momentów światowego horroru. Rzecz jednak nie tylko w aktorstwie Scrimma ale także w dziwacznej, odrealnionej choreografii i targającej duszę ścieżce dźwiękowej, przypominającej najlepsze dokonania zespołu Goblin. A scen takich jak wspomniana jest w filmie znacznie więcej. „Phantasm” naprawdę nie bez powodów jest filmem, który wychował już zastępy zwolenników uzależnionych od jego dziwactw.

Niesamowitość tego dzieła, widoczna nawet w najprostszych scenach, utwierdzona zostaje przez fragmenty z założenia szalone i nieprzewidywalne, takie jak atak srebrnej kuli, która wwierca się w czoło ofiary. W przypadku tej sceny twórcy postanowili zresztą zbadać cierpliwość cenzora i kazali ofierze nie tylko trysnąć gejzerem krwi, ale też odejść ze świata w kałuży uryny. W innym ważnym momencie filmu bohaterowie docierają do tajemnych drzwi domu pogrzebowego, po ich otwarciu ukazuje im się obraz, który Stanley Kubrick spokojnie mógłby wkleić do swojej „Odysei kosmicznej”: jaśniejące nieziemskim światłem ściany, a pod nimi ustawione w równych rzędach beczułki z karłami, które wcześniej prześladowały bohaterów. Są tu też wrota do innego świata i krótka scena dowodząca fascynacji reżysera kinem science-fiction – ale to już należy zobaczyć na własne oczy.

Coscarelli nakręcił „Phantasm” mając 23 lata – był nie tylko operatorem i reżyserem filmu, ale sam też napisał scenariusz. Pracując z utalentowanymi, ale niedoświadczonymi aktorami dokonał rzeczy niezwykłej: mimo że postaci głównych bohaterów są przerysowane, a większość kwestii wypowiadanych jest z nienaturalną dosadnością, nie sposób oderwać się od przedstawianej historii. Aktorom też należą się pochwały, bo choć często brakuje im subtelności, nadrabiają to poświęceniem i fanatycznym wręcz wczuciem się w swoich bohaterów.

Według słów Coscarelliego, „Phantasm” nie jest wyłącznie udaną, wizjonerską zgrywą, ale także komentarzem dotyczącym „amerykańskiego sposobu umierania”. Reżyser uważa, iż zakłady pogrzebowe przerażają nas dlatego, że przez całe życie staramy się zachowywać tak, jakby śmierć nie istniała, jakby nas nie dotyczyła. Gdyby nasze podejście do śmierci było inne, „Phantasm” nie wywoływałby takich dreszczy niepokoju. Bo przecież mówi on głównie o tym, że przekazanie bliskich nam zmarłych obcej osobie nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem; w wykrzywionym świecie „Phantasmu” kończy się to powrotem zmarłych jako zakapturzonych karzełków, które chętnie urwałyby głowę tym, którzy do niedawna stanowili ich rodzinę.

Po sukcesie filmu reżyser trzykrotnie wracał jeszcze do rozpoczętej w nim historii, a kolejne części jeszcze bardziej gmatwały historię ponurego władcy karłów. Najciekawszą z kontynuacji jest „Phantasm II” (1988), w którym dzięki hojnemu budżetowi Coscarelli mógł urzeczywistnić swoje najkoszmarniejsze wizje i nieco szerzej uchylić drzwi do naszkicowanego przed laty świata. Kto zakosztuje atmosfery tych dwóch filmów, ten pewnie nie pominie też części trzeciej i czwartej, które choć zmagają się z różnymi słabościami wciąż dostarczają oryginalnej, dziwacznej rozrywki.

Więcej o najlepszych horrorach świata w „Leksykonie filmowego horroru”:

leksykon filmowego horroru small

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *