Paul Simon – Stranger to Stranger | ★★★★★

paul simon stsPrzynajmniej raz wydawca nie kłamie porównując nowy krążek legendarnego artysty do najlepszych w jego dorobku. „Stranger to Stranger” to faktycznie rzecz na miarę „Still Crazy After All These Years”, „The Rhythm of the Saints” czy „Graceland” – a więc tych najbardziej niesamowitych albumów w solowym dorobku Paula Simona.

Na początek „The Werewolf”: lekka choć nie pozbawiona podtekstów politycznych opowiastka o… zabójstwie za pomocą noża do sushi, której towarzyszy muzyka oparta na żwawym rytmie, a w tle odzywa się czasem instrumentalne wycie wilkołaka (tytuł zobowiązuje). Później najzabawniejszy i najbardziej chwytliwy na płycie „Wristband”, czyli historia o tym, jak to muzyk robi sobie przerwę w koncercie i wychodzi na chwilę tylnymi drzwiami żeby „pooddychać nikotyną”, a kiedy te się za nim zatrzaskują – nie może wejść z powrotem bo nie ma tytułowej opaski, a bramkarz nie rozpoznaje go jako gwiazdy wieczoru („Wristband, my man/ You’ve got to have a wristband/ If you don’t have a wristband/ You don’t get through the door”). Zaraz potem pojawia się pierwszy z dwóch krótkich utworów instrumentalnych, „The Clock”, w którym melodie wygrywane przez gitarę Simona ścigają się z tykaniem zegara. Piękne i wymowne, prawda?

„Street Angel” to kolejna perełka oparta na żwawym, egzotycznym rytmie, przy której nie sposób odmówić sobie tupania nogą, a opowiadający o meandrach miłości utwór tytułowy to z kolei rzecz bardziej stonowana i w tradycyjny „piosenkowa”, ze ślicznym refrenem i urokliwymi partiami gitary. W rozbrzmiewającym później „In a Parade”, gdzie rządzą z kolei instrumenty perkusyjne, znów robi się bardziej energicznie, a Simon kontynuuje opowieść rozpoczętą w „Street Angel”, wyjawiając, że wygadany uliczny wizjoner z tamtej piosenki zostaje zdiagnozowany jako schizofrenik i umieszczony w zakładzie zamkniętym. „Proof of Love” (opowiadający o oczyszczeniu duchowym, jakiego doznał Simon podczas niedawnej podróży do Brazylii) i „The Riverbank” (gdzie matka opłakuje śmierć syna-żołnierza) znów wprowadzają atmosferę spokoju i zadumy (choć w tym drugim nie brak ożywczych poklaskiwań i uderzeń w marimbę), a w bardzo zgrabny sposób wślizguje się między nie kolejna krótka kompozycja instrumentalna „In the Garden of Edie”, którą muzyk zadedykował swojej żonie, piosenkarce Edie Brickell. Absolutnie niesamowity jest „Cool Papa Bell”, zarówno w warstwie muzycznej (porywa od pierwszych nut, przywodząc na myśl najbardziej magiczne fragmenty płyty „The Rhythm of the Saints”), jak i tekstowej (Simon miesza tu mnóstwo pozornie nieprzystających do siebie tematów, m.in. wspomnienie o „najszybszym baseballiście świata”, wyłożenie życiowej filozofii nieugiętego optymizmu czy… szybką, ale przekonującą analizę słowa „motherfucker”). Na koniec dostajemy natomiast przepiękną kołysankę zatytułowaną “Insomniac’s Lullaby” – najbardziej z całego zestawu kojarzącą się ze starymi, dobrymi czasami duetu Simon & Garfunkel.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *