New Model Army – Winter | ★★★★½

new model army winterNiesamowite: w trzy lata po rewelacyjnym albumie „Between Dog and Wolf”, Justinowi Sullivanowi i najświeższemu wcieleniu jego New Model Army udało się nagrać kolejny krążek, który spokojnie można zaliczyć do najdoskonalszych w 36-letniej karierze tej zasłużonej angielskiej grupy.

Choć niektórzy recenzenci zdążyli już ogłosić, że „Winter” to powrót do bardziej punkowego stylu grania, w rzeczywistości nowemu wydawnictwu Sullivana i spółki najbliżej jednak do „Between Dog and Wolf”, gdzie liczyła się przede wszystkim atmosfera, melodie i wciągający, plemienny groove; no i oczywiście przepiękne, mocne teksty, w których Sullivan z imponującą lekkością przekuwał swoje wspomnienia, przemyślenia i fantazje na sugestywne, wbijające się w głowę frazy. Owszem, usłyszycie na „Winter” cudne gitarowe zrywy i posypie się na Was z głośników trochę wspaniałego brzmieniowego brudu, ale wszystko to jest tylko dodatkiem do kolejnej przejmującej opowieści o człowieku i tym, co go otacza.

Przede wszystkim, „Winter” to album, który porywa już od pierwszych dźwięków – na pewno nie mamy tu do czynienia z krążkiem, który kupuje się dla jednego/dwóch singli, resztę numerów traktując jako niewiele znaczące muzyczne tło. „Winter” kocha się od samego początku do samego końca – albo nie kocha się wcale. Niespiesznie człapiący i dopiero pod sam koniec przyspieszający do nerwowego galopu utwór #1, czyli „Beginning”, to znakomita wizytówka całego krążka: takiego, w którym nie stawia się na produkcję lekkostrawnych przebojów, ale na bezwzględne targanie emocji słuchacza. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego sformułowania. Patent „łagodny początek/burzliwy finał” jest tu wykorzystywany wielokrotnie, za każdym razem ze znakomitym efektem – jest tak m.in. w numerze tytułowym, „Part the Waters”, „Eyes Get Used to the Darkness”, czy powalającym „Born Feral”, stanowiącym w pewnym sensie magnum opus albumu i po dwóch minutach klimatycznego przyczajenia wybuchającym potężnym, poniewierającym słuchacza refrenem.

Bywa też jednak inaczej: a to konsekwentnie „balladowo” (jak w przejmującej opowieści o losie uchodźców, „Die Trying”, gdzie Sullivan wyśpiewuje jeden ze swoich najwspanialszych refrenów: „Winter storms and the snow flying/ Razor wire and the gulls crying/ Cross the water or die trying”), a to znów „diabolicznie” (taki na przykład „Burn the Castle” spokojnie mógłby znaleźć się w repertuarze W.A.S.P.); co jednak najważniejsze, żadnemu z trzynastu numerów, jakie ekipa Sullivana zebrała na „Winter” nie można odmówić ani urody, ani siły oddziaływania, i wszystkie one składają się na cudowną, perfekcyjnie dopasowaną całość. Niby dość ponurą – a przecież tak naprawdę dającą niesamowitego kopniaka, aby cieszyć się życiem; no bo jak tu wpadać w depresję skoro wciąż powstają tak świetne płyty jak ta?

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *