Mort Castle – wywiad

Zapytajcie Morta Castle, ile naprawdę dobrych opowiadań stworzył w swojej kilkudziesięcioletniej karierze pisarskiej, a odpowie wam, że około dwudziestu. To dlatego, że skromny z niego facet. W rzeczywistości jest ich znacznie więcej. Wystarczy rzucić okiem na wydany u nas niedawno zbiór „Księżyc na wodzie”, żeby odkryć kilkanaście świetnych tekstów tego autora – a przecież poza nimi opublikował ich jeszcze kilkaset!

Karierę pisarską zaczął do pisania opowiadań i powieści, o których dziś najchętniej by zapomniał. Z czasem jednak zaczęły się pojawiać pierwsze sukcesy – doceniono jego oryginalny styl oraz umiejętność sięgania po nietypowe tematy. Powieści „Obcy” (1984) i „Zagubione dusze” (1990) sprzedały się całkiem nieźle i sprawiły, że nazwisko pisarza stało się rozpoznawalne dla przeciętnych amerykańskich czytelników, ale jego reputację jako specjalisty od niezwykłego horroru budowały przede wszystkim opowiadania publikowane w wielu najważniejszych pismach zajmujących się tym gatunkiem. Zaczęły się też sypać nominacje do prestiżowych wyróżnień: m.in. do Bram Stoker Award i Nagrody Pulitzera.

W Polsce Castle zaistniał dzięki wydawnictwu Amber już w 1992 r., gdy horror dopiero zyskiwał w naszym kraju popularność. Pisarstwo Castle’a przegrało wówczas pojedynek z mniej wymagającymi i bardziej dosłownymi horrorami Grahama Master tona czy Guya N. Smitha. Wielki powrót dzieł pisarza na półki polskich księgarń nastąpił w 2008 r. wraz z publikacją „Obcego” oraz rewelacyjnego zbioru opowiadań „Księżyc na wodzie”. A jak twierdzi sam Castle, wydawnictwo Replika nie powiedziało jeszcze ostatniego słowa jeśli chodzi o przypominanie polskim czytelnikom jego twórczości. Należy też trzymać kciuki, aby ktoś zdecydował się na publikację albumów komiksowych, w których pisarz maczał palce – niektóre z nich to prawdziwe perły, przesycone charakterystycznym dla pisarza poczuciem humoru i pękające w szwach od świeżych pomysłów.

„Obcy” i „Zagubione dusze” to świetna pisarska robota, ale odnoszę wrażenie, że jakoś nie przepadasz za tworzeniem powieści. Czy pisanie opowiadań jest przyjemniejsze niż bawienie się w dłuższe formy?

Gdyby tylko chodziło tu o przyjemność! Zaczynam chyba odkrywać, że pisanie opowiadań jest po prostu moim przeznaczeniem. Lubię taką skondensowaną wizję świata. Jestem fanem miniatur, a nie olbrzymich fresków.
Jest ku temu parę powodów. Przede wszystkim od czasu do czasu udaje mi się tak odmierzyć wszystkie składniki opowiadania, że tworzą one formę idealną i oddziałują na czytelnika w taki sposób, w jaki powinny. Przemawiają i do serca, i do umysłu. Pozostają w pamięci. Charakteryzują się precyzyjnym językiem i odpowiednim dla takiej, a nie innej historii rytmem. No i przynoszą satysfakcję mnie samemu. Ale zaznaczam od razu, że takie uczucia wiążą się w moim przypadku z jakimiś dwudziestoma opowiadaniami – na około sześćset, jakie do tej pory opublikowałem. Powieści nie przynoszą mi takiej satysfakcji. W „Obcych” są fragmenty, które uznaję za całkiem niezłe. Z kolei „Zagubione dusze” mają dobrze nakreślonych bohaterów i są oparte na ciekawym pomyśle. Jednak ani one, ani żadna moja wcześniejsza powieść – opublikowałem ich siedem, a napisałem piętnaście albo i dwadzieścia – nie okazała się w pełni satysfakcjonująca. Jest też powód czysto praktyczny. „Zagubione dusze” sprzedały się w Stanach całkiem nieźle – rozeszło się niemal 100 tysięcy egzemplarzy – ale wydawcy nigdy nie naciskali na mnie, żebym natychmiast pisał dla nich kolejną powieść. Mówili tylko: No dobrze, rzucimy na nią okiem. A tymczasem redaktorzy różnych pism od lat, z ogromnym entuzjazmem, namawiali mnie do pisania kolejnych opowiadań. Poza tym, nie chcę poświęcić się pisaniu powieści, która nie byłaby niczym więcej niż tylko „uczciwą rozrywką”. Właśnie skończyłem czytać książkę, którą napisali wspólnie dwaj moi znajomi. Jest całkiem niezła. Nic poza tym. Gdyby jej autorami nie były osoby, które znam i lubię, nawet bym jej nie skończył. Takiej właśnie powieści bardzo nie chcę napisać. Ale oczywiście gdybym czuł, że mam pomysł na fabułę, która może się zamienić w wielką powieść – ale to naprawdę WIELKĄ POWIEŚĆ – to prawdopodobnie poświęciłbym jej swój czas. Zresztą kto wie, być może już na taki pomysł trafiłem… Być może. Będę musiał to jeszcze dokładnie przemyśleć.

Powiedziałeś mi kiedyś, że „Obcych” uważasz za swoją najbardziej przerażającą książkę, a zbiór opowiadań „Księżyc na wodzie” za najlepsze dzieło w całej twojej karierze. Co w takim razie sądzisz o „Zagubionych duszach”, które niedługo mają zostać ponownie wydane w naszym kraju?

Lubię tę książkę. Lubię postaci, które w niej opisałem. Jest tam parę rozwiązań fabularnych, z których nie jestem zadowolony, bo po prostu nie wiedziałem, jak wybrnąć z niektórych sytuacji, ale bohaterowie mnie przekonują, porządnie też przygotowałem się do opisania życia Cyganów… Tyle, że ilekroć porównuję swoją książkę z jakimś prawdziwym arcydziełem „horroru mityczno-realistycznego”, na przykład „Pieśnią Kali” Dana Simmonsa albo ze świetną historią o duchach, jak chociażby „Nostalgia anioła” Alice Sebold, to widzę, że tej mojej cholernie dobrej powieści czegoś jednak brakuje…

Zdziwiłem się, kiedy w jednym z wywiadów stwierdziłeś, że inspiracją dla „Zagubionych dusz” byt baśniowy i szczerze mówiąc średnio udany film Roberta Wise’a pt. „Klątwa ludzi kotów”.

Chodzi o element „wymyślonego przyjaciela”, który, jak się później okazuje, wcale nie jest wymyślony – to jedyny pomysł, który pożyczyłem sobie z tego filmu. Oczywiście inspiracją była też sama kultura Romów – bytem nią wówczas zafascynowany – oraz powieść „The Gypsy Man” („Cygan”) autorstwa świetnego, ale niedocenianego pisarza Rona Florence.

Co będzie się składało na Twój nowy zbiór opowiadań zatytułowany „New Moon on the Water” („Nowy księżyc na wodzie” albo „Nów na wodzie”)? To niepublikowane wcześniej opowiadania czy rozszerzona wersja znanego nam już „Księżyca na wodzie”?

Jakieś 60 procent opowiadań z tego zbioru nie było wcześniej publikowane. Będą tam też teksty, które nominowano do Nagrody Brama Stokera, a powstały już po wydaniu „Księżyca na wodzie”. Będzie również parę krótkich esejów dotyczących horroru, piętnaście albo szesnaście superkrótkich miniatur i opowiadanie, które tak ci się spodobało i ostatecznie trafiło do „Nowej Fantastyki” – „Jestem twoją potrzebą”. Ten zbiór ma, że się tak wyrażę, nieco mniej „wzniosłych momentów” niż „Księżyc na wodzie”, ale z drugiej strony jest bardziej zwarty, intensywniejszy. Opowiadanie „FYI” to najbardziej skondensowany tekst, jaki kiedykolwiek napisałem.

Porozmawiajmy teraz o konkursie na „10 najbardziej przerażających historii wszech czasów”, który jakiś czas temu zorganizował jeden z internetowych portali literackich. Twoje opowiadanie „Jeśli weźmiesz mnie za rękę, mój synu”, które znamy z „Księżyca na wodzie”, wylądowało w ostatecznym rankingu na 5. miejscu – wyprzedzili cię nie tylko zasłużeni klasycy – Edgar Allan Poe i H.P. Lovecraft – ale także pewien „obiecujący młodzieniec” nazwiskiem Clive Barker.

Zazwyczaj wspomina się o piątym miejscu, ale w rzeczywistości moje opowiadanie trafiło na czwartą pozycję, między dwoma opowiadaniami Poego. Barker? To wspaniały pisarz i zupełnie nie przeszkadza mi fakt, że jest ode mnie o sześć lat młodszy! Trzy pierwsze „Księgi krwi” zawierają same najwyższej klasy opowiadania, a „W górach, miastach” to coś, co śmiało można porównywać z prozą Kafki czy Gogola. Prawda jest zresztą taka, że nadejście Barkera zachęciło innych autorów do poszukiwań i eksperymentów, jego sukces udowadniał im, że można pisać absolutnie o wszystkim, bez żadnych hamulców, z zastosowaniem nowych technik, poruszając tematy, które wcześniej nie kojarzyły się z gatunkiem, jakim jest horror. Sam zresztą uważam się za pisarza, którego w dużej mierze ukształtowała właśnie twórczość Barkera. Sporo zawdzięczam też jednak nieżyjącemu już Rexowi Millerowi oraz mającemu się świetnie i wciąż piszącemu wspaniałe rzeczy Jimowi Shepardowi, którego opowiadanie pt. „Potwórz Czarnej Laguny” oraz powieść „Nosferatu” nie powinny być obce żadnemu czytelnikowi ani pisarzowi zajmującemu się horrorem – nic tylko czytać, podziwiać i czerpać z nich naukę.
A co do Lovecrafta i Poego – jakąkolwiek mieliby pozycję w świecie literackiego horroru, ja jestem zdecydowanie lepszym gitarzystą niż którykolwiek z nich!

Czy książka „On Writing Horror” („O pisaniu horrorów”), do której powstania się przyczyniłeś, jest według ciebie skutecznym podręcznikiem dla tych, którzy chcą pójść w ślady Stephena Kinga, Deana Koontza albo Morta Castle’a?

Pewnie, że tak – bo to bardzo szczera pozycja. Zebrano w niej niemal 50 esejów doświadczonych autorów i każdy z tych tekstów opiera się na stwierdzeniu: Oto czego się nauczyłem o pisaniu horrorów. Może jeśli przeczytasz moje wskazówki, tobie będzie już nieco łatwiej.

Wygląda na to, że już niedługo będziemy mogli obejrzeć filmową wersję „Obcych”…

Mam nadzieję, że film rzeczywiście powstanie. Scenariuszem zainteresowała się początkowo wytwórnia Whitewater Films, a reżyserem miał zostać Rick Rosenthal, twórca „Halloween II”. Z tego nic nie wyszło, ale w tej chwili „Obcych” ma na oku kilka innych osób, a zainteresowanie współpracą wyrazili także polscy dystrybutorzy filmowi i jedna wytwórnia z Niemiec.

Poznałeś już scenariusz adaptacji? Bardzo się różni od fabuły twojej powieści?

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, film powinien okazać się lepszy niż książka. Scenariusz, który napisał Tim O’Rawe jest naprawdę udany – Rosenthal określił go jako ostry, niepokojący, momentami szokujący, pełen niespodzianek i zwrotów akcji, z wciągającą fabułą i przekonującymi bohaterami. Film będzie się oczywiście różnił od powieści – to całkiem różne środki przekazu – ale myślę, że twórcom uda się zachować jej ducha. Główne założenie fabularne powieści mówiące, że nasz sąsiad albo najlepszy przyjaciel może się okazać potworem, oczywiście zostanie w adaptacji zachowane.

Jak dotąd jedyną adaptacją twojej prozy jest krótkometrażowy film Michaela Schroedera „Altenmoor, gdzie tańczą psy”, zrealizowany w ramach projektu uniwersyteckiego. Byłeś zdziwiony, że ze wszystkich opowiadań, jakie stworzyłeś wybrano akurat skromny i wzruszający, ale jednocześnie mało „filmowy” dramat opierający się przede wszystkim na dialogach?

Przede wszystkim byłem i ciągle jestem z tego bardzo zadowolony. Schroeder, który napisał scenariusz tej adaptacji i ją wyreżyserował, zdawał sobie sprawę, że musi zadbać o to, aby na ekranie były widoczne te same emocje, które zawarłem w opowiadaniu. Nie obyło się oczywiście bez zmian: akcja filmu nie rozgrywa się zimą, tylko w słonecznej, kalifornijskiej atmosferze. Jednak to, co było w opowiadaniu najważniejsze – odpowiedź na pytanie, dlaczego odczuwamy potrzebę tworzenia mitów – adaptacja przekazuje idealnie. A do tego czułem się oczywiście wyróżniony faktem, że kalifornijski uniwersytet włączył scenariusz oparty na moim opowiadaniu do prestiżowego programu „George Lucas”. No i kiedy tylko chcę mogę sobie teraz obejrzeć swoje opowiadanie na ekranie telewizora!

Niektóre z twoich opowiadań są wymarzonym materiałem na film – nie jesteś rozczarowany, że nie zgłosili się do ciebie w sprawie adaptacji na przykład twórcy serialu „Mistrzowie horroru”?

Owszem, jestem. Ale to nie tylko mój problem – jest wielu autorów, których historie powinny dawno trafić do „Strefy mroku” albo „Opowieści z ciemnej strony”. Na przykład cudownie surrealistyczne opowiadanie Davida Thomasa Lorda pt. „White Room” albo „They Never Even See Me” nieżyjącego już J.N. Williamsona czy „Merge Right” Gary’ego Braunbecka – wszystkie te historie wspaniale pasowałyby do tego typu seriali. Na takie rzeczy nie ma się jednak wpływu – pisarz może tylko zadbać o stworzenie jak najlepszej fabuły i posłać ją w świat, rozsypać na wodzie okruchy chleba… czasami nakarmią się nimi ryby, czasami po prostu nasiąkną wodą i do niczego się nie przydają, a innym razem zamienią się w coś niezwykłego. Należy pisać jak najlepiej i mieć nadzieję, że kiedyś przyniesie to nieoczekiwane efekty.

Przyznałeś kiedyś, że najstraszniejsza książka, jaką kiedykolwiek czytałeś, to „Jestem legendą” Richarda Mathesona. Odważyłeś się sprawdzić, co zrobiło z nią Hollywood w najnowszej adaptacji z Willem Smithem?

Tak, obejrzałem ten film, głównie dlatego, że dostałem płytę DVD od jednego z moich znajomych. Podobał mi się sposób, w jaki ukazano absolutną samotność głównego bohatera, ale niewiele poza tym. Kiedy zaczęła się prezentacja idiotycznych efektów cyfrowych, film zmienił się w przygłupawą kreskówkę. Wtedy podziękowałem. Klaustrofobiczną i depresyjną atmosferę książki Mathesona znacznie lepiej oddaje niskobudżetowy „Ostatni człowiek na Ziemi” z Vincentem Price’em. No i oczywiście jeszcze tańsza „Noc żywych trupów” George’a Romero, zwłaszcza wtedy, gdy widzimy, jak zombie próbują dostać się do domu.

Są jakieś twoje własne opowiadania, które szczególnie chętnie obejrzałbyś na ekranie?

Pewnie! Myślę, że „Jeśli weźmiesz mnie za rękę, mój synu” dobrze by się sprawdziło zarówno w formie zwięzłej historii telewizyjnej, jak i w formie filmu pełnometrażowego, coś w stylu adaptacji „1408″. Chętnie bym też zobaczył ekranizację „Jestem twoją potrzebą” – przekształcenie wewnętrznego monologu, na którym opiera się ta historia tak, aby dało się to pokazać na ekranie, byłoby prawdziwym wyzwaniem. Mógłbym tu wymienić jeszcze wiele tytułów. Wysyłajcie więc do mnie aktorów, producentów i reżyserów – i to szybko! Sprawię, że wszyscy będziemy zadowoleni!

Wciąż pracujesz nad powieścią o Hemingwayu i żywych trupach, czy już się z nią uporałeś?

Ciągle ją piszę. Skończyłem niedawno obszerny fragment, który zostanie opublikowany w odcinkach w piśmie „Doorways” pt. „The Doctor, the Kid, and the Ghosts in the Lake”. Kolejny długi fragment, nad którym obecnie pracuję, będzie nosił tytuł „The Strange Country”. Marilyn Monroe gra tu w adaptacji opowiadania Hemingwaya „Zabójcy” jako Nikki Adams, kobiecy odpowiednik Nicka Adamsa, alter ego Hemingwaya.

Jest szansa, że kiedyś przeczytamy po polsku twoją serię komiksów „Night City”?

Mam nadzieję, że tak. Chciałbym, żeby wszystko co napisałem zostało przetłumaczone na polski, bo odnoszę wrażenie, że polscy czytelnicy i krytycy rozumieją mnie znacznie lepiej niż ma to miejsce w Stanach!
Opierając się na opiniach o moich książkach wydanych w twoim kraju wiem, że polski czytelnik jest świadomy celów, jakie zakładam sobie jako pisarz. Może potem oczywiście uznać, że nie do końca udało mi się je osiągnąć, albo że w ogóle pokpiłem sprawę, ale podchodzi do danego utworu z takim nastawieniem, o jakim marzy każdy pisarz. W Stanach mam grono tak zwanych wiernych czytelników – i bardzo się cieszę, że ich mam! – ale najczęściej uznaje się mnie za autora, który jest zbyt wysublimowany dla fanów literatury popularnej, ale jednocześnie zbyt popularny dla tych, którzy pragną czytać książki wysublimowane.

Pytałem o serię „Night City” bo odnoszę wrażenie, że swego czasu była ona dla ciebie projektem priorytetowym. Czy posunąłbyś się do stwierdzenia, że tworzenie komiksów przynosi większą satysfakcję niż pisanie opowiadań czy powieści?

To przykre, seria „Night City” dobrnęła chyba do ślepego zaułka – wydawnictwo, które ją publikowało, zniknęło z rynku, a rysownicy skupili się na innych projektach: Mark Nelson jest związany z przemysłem gier komputerowych, a Don Kramer rysuje „Batmana”, „Ligę Sprawiedliwych” i parę innych historii dla DC Comics. Pytając mnie wcześniej o różnicę w pisaniu opowiadań i powieści użyłeś sformułowania „większa przyjemność” – myślę, że tak naprawdę największą przyjemność sprawia mi właśnie tworzenie scenariuszy komiksowych. To dlatego, że choć napisałem ich między 60 a 100, w zasadzie nadal jestem „radosnym ignorantem” jeśli chodzi o sztukę komiksu; z każdą nową stroną uczę się, na co sobie mogę pozwolić, a na co nie. Dzięki temu mogę się bardziej rozpędzić jako twórca – nie posiadam bowiem wiedzy, która by mnie spowalniała, kazała od czasu do czasu hamować. Czuję się dzięki temu młody i szczęśliwy!
Bardzo mnie też cieszy, że niedługo pojawi się komiksowa antologia „Masques”, którą miałem przyjemność redagować. To pomysł mój i Davida Campiti z Glass House Graphics, a zawarte w niej historie są oparte na opowiadaniach Roberta Weinberga, Stephena Kinga, Paula Dale’a Andersona – no i oczywiście moim. Jest też w niej jedyna historia Roberta R. McCammona, jaką kiedykolwiek przerobiono na komiks. Wydawcą będzie Checker Book Publishing Group, a całość ma liczyć 162 strony i będzie wydana w twardej oprawie.

Swego czasu napisałeś scenariusz do komiksów opartych na fabule filmu „Leatherface: Teksańska masakra pitą mechaniczną III”. Komiksy są zresztą ciekawsze niż sam film.

Miło mi to słyszeć, dzięki. Jeszcze raz zaznaczę, że tworzenie takich rzeczy jest niezwykle przyjemne; nie do końca traktowałem ten projekt jak pracę. Wytwórnia New Line Cinema zwróciła się do mnie z prośbą o stworzenie tych komiksów bo, jak sami stwierdzili, film zawiódł ich oczekiwania i chcieli, aby w komiksach wszystko wypadło jak należy. Miałem dużą swobodę pracując przy tym projekcie, zmieniałem więc bohaterów, dialogi, zakończenie… Starałem się stworzyć film w wersji papierowej.

Chciałem cię spytać o możliwość współpracy polskich rysowników komiksowych z wydawnictwem Thorby, gdzie pracowałeś jako redaktor i scenarzysta, ale wspomniałeś, że wydawnictwo upadło.

Tak, nieszczęsne Thorby… Ogromna szkoda. Ale oczywiście chętnie podejmę współpracę z dobrymi polskimi rysownikami. Paru zresztą zaistniało już na łamach redagowanego przeze mnie pisma „Doorways”.

Co sprawia, że uznajesz komiks za dobrze napisany i narysowany?

Przede wszystkim musi być oparty na sensownej historii. Braku dobrych pomysłów nigdy nie da się ukryć za pomocą triku: A teraz rysownik popisuje się 14-stronicową SCENĄ WALKI. Bohaterowie WALCZĄ. Bohaterowie wciąż WALCZĄ, stosując CIOSY DŁONIĄ i KOPNIAKI…

Rozmawialiśmy o twoich powieściach, opowiadaniach i komiksach, ale jak dotąd pomijaliśmy temat muzyki. Masz jeszcze czasem ochotę zamknąć się z przyjaciółmi w studio i nagrać kolejną bluesową płytę?

Mam i planuję tak właśnie zrobić. Nie straciłem kontaktu z członkami mojego oryginalnego trio, którymi są Mike Robertson i Terry Tiz. Mamy nadzieję, że niedługo uda nam się zejść, a pieczę nad płytą będzie znów sprawował Carl Sebens, który produkował nasz album w 1965 r.

Są jakieś książki, filmy albo płyty, na które obecnie nie możesz się doczekać?

Nie, ale wyłącznie dlatego, że akurat zaopatrzyłem się w „Sunnyside” Glena Davida Golda i „Swan Peak” Jamesa Lee Burke, płyty DVD z „Gran Torino” i „Oporem” oraz w reedycję płyty „Bandit in a Bathing Suit” Davida Bromberga. Na jakiś czas zapewni mi to rozrywkę.

Pełny wywiad w Nowej Fantastyce nr 9/2009:

nf_9_2009

 

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *