Misz masz, czyli Kogel mogel 3 | ★★

miszmasz„Misz masz” to film dla tych wszystkich sentymentalnych frajerów, którzy z wilgotniejącymi oczyma wspominają dwa poprzednie „Kogle mogle” Romana Załuskiego z końca lat 80. I w zasadzie tylko dla nich.

Przyznaję bez wstydu: też się do tych frajerów zaliczam. Bo choć nietrudno wypunktować słabe elementy „Kogli mogli” sprzed trzech dekad – z przyciężką grą młodziutkiej Grażyny Błęckiej (wtedy jeszcze nie Kolskiej) na czele – to jednak miały one w sobie sporo uroku i były autentycznie zabawne. W trzecim „Koglu moglu” zabrakło niestety Załuskiego na stanowisku reżysera – zastąpił go telewizyjny młody wilk Kordian Piwowarski, dla którego jest to druga pełnometrażowa produkcja po chłodnawo przyjętym „Baczyńskim” – a choć scenariusz i tym razem pisała związana z tą serią od samego początku Ilona Łepkowska, „Misz maszowi” zdecydowanie brak lekkości i bezpretensjonalności wcześniejszych części. Choć – dodam z ulgą – poziom trzeciego „Kogla mogla” i tak odrobinę wystaje ponad żenującą średnią wyznaczaną przez krajowe komedie romantyczne z ostatnich lat.

Przede wszystkim, miło, że powracają tu wszyscy najważniejsi aktorzy, których poznaliśmy w „Koglu moglu” i „Galimatasie”: Zdzisław Wardejn (tu jego bohater, leciwy profesor, już niemal zupełnie stracił radość życia, ale nie ma pomysłu ani śmiałości, aby to zmienić), Ewa Kasprzyk (jako przebojowa żona profesora, obecnie poszukiwaczka zaginionego punktu G) i nawet ta nieszczęsna Błęcka-Kolska, która co prawda wciąż nie nauczyła się dobrze grać, ale bez której trudno sobie przecież tę serię wyobrazić (jej bohaterka jest obecnie rozwódką, która – być może – zdoła ponownie ożywić naszego zwolna zombiejącego profesora). To jednak nie stara gwardia, a nowe pokolenie i ich problemy miłosne postawiono na pierwszym planie „Misz maszu”. W filmie Piwowarskiego przyglądamy się więc narodzinom romansu pomiędzy niebrzydką okularnicą Agnieszką (Aleksandra Hamkało) i buntowniczym luzakiem Marcinem (Nikodem Rozbicki), czyli dzieciakami profesora Wardejna i rozwódki Błęckiej-Kolskiej. Młodzi aktorzy radzą sobie nienajgorzej – choć zdecydowanie bez szału – ale cała ta romantyczna oś filmu jest do bólu niewiarygodna i chaotyczna, a w dodatku wieńczy ją erupcja discopolowego kiczu z gościnnym udziałem samego Wuja Chrzestnego tego zacnego gatunku muzycznego, Zenona Martyniuka.

Czy ma więc sens polecanie „Misz maszu” nawet tym najbardziej oddanym fanatykom komedii Załuskiego? Pewnie bym tego nie robił gdyby nie tajna broń twórców filmu w postaci radosnego duetu Maciej Zakościelny/Katarzyna Skrzynecka: on, z nieustępującym wyrazem przygłupawej poczciwości na twarzy, gra wyrośniętego Piotrusia z pierwszego „Kogla mogla” (którym opiekowała się wówczas nieopierzona bohaterka Błęckiej), a ona – wbita w przymałe gacie z panterki i klekocząca wypasioną biżuterią – jego zaborczą i opływającą w pieniądz, ale też przecież ujmująco poczciwą żonkę; wyglądają razem niedorzecznie zabawnie, a scena, w której goszczą w swym wielgaśnym domu papę profesora i jego córę to bez wątpienia najlepszy moment w całym filmie. Gdyby nie on – chyba w ogóle nie mielibyśmy o czym gadać.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *