Martin Amis – wywiad

Martin Amis: mistrz słowa, autor całego mnóstwa genialnych powieści (m.in. „Martwych dzieci”, „Sukcesu”, „Pól Londynu”, „Informacji”, „Forsy” i „Strzały czasu”) oraz szalonych opowiadań, syn legendy brytyjskiej literatury – Kingsleya Amisa. Miałem przyjemność porozmawiać z nim przed długo oczekiwaną premierą „Ciężarnej wdowy” i uznałem, że wypada zacząć od pytania o to dlaczego uważa, że wywiady są bez sensu…

Swego czasu poświęcałeś mnóstwo czasu na przeprowadzanie wywiadów z największymi gwiazdami świata kultury, a potem, we wstępie do jednej ze swoich książek, stwierdziłeś, że sztuka przeprowadzania wywiadów jest martwa. Dalej tak uważasz?

No dobrze, może nie martwa… powiedzmy, że jest bardzo wycieńczona. Przygotowuje się na śmierć (śmiech) Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wciąż jest dla niej miejsce, ale mam wrażenie, że od pewnego czasu coraz bardziej zżera ją rutyna. Przepytywani podczas wywiadu pisarze, jeśli o nich akurat mielibyśmy mówić, bardzo rzadko wyjawiają dziennikarzom coś nowego, zazwyczaj powtarzają w kółko jakieś wcześniej przygotowane formułki tak, jakby byli politykami. Wywiady stają się po prostu kolejnym trybikiem w ogromnej machinie do robienia reklamy.

Czy kiedy dziennikarz prosi cię o udzielenie wywiadu czujesz, że to tak naprawdę strata czasu, że przecież i tak nie przekażesz w ten sposób ludziom nic ważnego?

Niekoniecznie. Myślę, że jestem w stanie przekazać w wywiadzie pewne ważne rzeczy, ale tak naprawdę zdarza się to bardzo rzadko. Zazwyczaj czuję, że po prostu po raz kolejny powtórzyłem to, o czym wszyscy i tak już wiedzieli. To zresztą prowadzi do zabawnej sytuacji: po odbyciu szeregu niemalże identycznych rozmów z dziennikarzami, każde pytanie, którego nie zadano mi wcześniej zaczyna mnie autentycznie przerażać – przecież żeby na nie odpowiedzieć będę musiał dla odmiany pomyśleć, a nie tylko powtórzyć wyuczoną formułkę.

Przez ostatnich kilka lat pracowałeś nad powieścią „The Pregnant Widow” – początkowo miała to być książka w znacznej mierze autobiograficzna, później zdecydowałeś się wyrzucić z niej wszystkie bardziej osobiste wątki i skupić się na fikcyjnej fabule. O czym więc ostatecznie będzie „The Pregnant Widow”?

Wyszła z tego książka mocno osadzona w historii, a konkretnie w latach siedemdziesiątych. Opowiada ona o feminizmie, a więc o prawdziwej rewolucji seksualnej, jaka miała wówczas miejsce. Tytuł „The Pregnant Widow” („Ciężarna wdowa”) pozwoliłem sobie pożyczyć od rosyjskiego myśliciela Aleksandra Herzena, który twierdził, że choć w wyniku rewolucji nastaje zawsze nowy porządek, nie należy się spodziewać, że utrzymywanie go będzie się obywało bez problemów. Trzeba się liczyć z tym, że będzie nas czekał okres pewnego chaosu, smutku i rozczarowania. Rewolucja nie przynosi bowiem na świat nowonarodzonego dziecka, ale raczej właśnie ową tytułową ciężarną wdowę. Moim zdaniem ta wdowa wciąż jest dopiero w drugim trymestrze…

Tak się składa, że tuż przed dzisiejszą rozmową z tobą przeczytałem po raz kolejny twój wywiad z Romanem Polańskim zamieszczony w zbiorze „Visiting Mrs. Nabokov”. Przeprowadzałeś ten wywiad tuż po tym, jak Polański uciekł ze Stanów Zjednoczonych żeby uniknąć procesu o gwałt i z nim też dyskutowałeś o feminizmie. Pamiętasz co ci wtedy powiedział?

Pewnie. Polański twierdził, że rewolucja feministyczna jest pozbawiona sensu bo kobiety powinny raczej próbować znaleźć dla siebie odpowiednie miejsce w świecie, a nie próbować zmienić świat tak, żeby to im było jak najlepiej. Według niego cały ten feministyczny przewrót odbywał się niejako wbrew procesowi ewolucji. Ja natomiast jestem feministą więc nie mogłem się z tą teorią zgodzić. Osiągnięcie jak najlepszego porozumienia między kobietami a mężczyznami jest oczywiście niezwykle trudnym zadaniem, ale nie znaczy to, że nie należy próbować.

Już po tym, jak po raz pierwszy zaczęto ścigać Polańskiego za przespanie się z nieletnią modelką, zarzucał on amerykańskim sędziom hipokryzję, mówiąc, że przecież „każdy marzy o pieprzeniu młodych dziewczyn”, a w jego przypadku nagle uznaje się to za nie wiadomo jakie przestępstwo. W swoim wywiadzie skomentowałeś to pisząc, że cała sztuka polega na tym, żeby nawet jeśli faktycznie ma się ochotę „pieprzyć młode dziewczyny” – mimo wszystko nie robić tego. Jak postrzegasz obecną sytuację Polańskiego – czy według ciebie wciąż powinien odpowiadać za tamten czyn?

Polański to ogromnie czarujący facet, ale odnoszę wrażenie, że ani wcześniej, ani teraz nie dotarło do niego co tak naprawdę zrobił. Jak by na tę całą sytuację nie patrzyć, wykorzystał przecież całkowicie bezbronną osobę. I, moim zdaniem, powinien zostać za to ukarany.

W innej książce, „The War Against Cliché”, piszesz, że Polański nie kręci już dobrych filmów. Myślisz, że te nowe dramatyczne wydarzenia zainspirują go do stworzenia czegoś, co znów będzie godne uwagi?

Od czasu kiedy pisałem te słowa Polański nakręcił już jeden świetny film – „Pianistę”. Zresztą w ogóle postrzegam go jako niezwykle utalentowanego artystę.

Wracając do twojej nowej książki, jeszcze przed wydaniem zdążyła ona obrosnąć w pewne kontrowersje. Przede wszystkim, opierając się na informacjach sprzed kilku lat spodziewano się, że zdradzisz w niej sekrety swojego życia prywatnego i wyrazisz swoje poglądy na temat islamu. Teraz wiadomo już, że te bardziej prywatne wątki pojawią się w dopiero w twojej kolejnej książce wstępnie zatytułowanej „The State of England”. Myślisz, że mimo wszystko drzemie w „The Pregnant Widow” potencjał na dzieło kontrowersyjne, chociażby do takiego stopnia jak twoja najczęściej krytykowana powieść „Yellow Dog”?

Trudno to przewidzieć. To czy powieść okazuje się kontrowersyjna czy nie, tak naprawdę bardzo rzadko wynika z jego treści. Jeśli jakiś dziennikarz wymyśli kontrowersyjne i chwytliwe hasło łączące feminizm i moją książkę, to cała książka będzie od razu postrzegana jako kontrowersyjna, niezależnie od tego, co tak naprawdę piszę w niej o ruchu feministycznym.

W „Moronic Inferno” zwracasz uwagę na system Kurta Vonneguta, który ocenił wszystkie swoje powieści w skali od 1 do 5. Czy sam byłbyś w stanie spojrzeć w podobny na sposób na własne książki?

Raczej nie. I na pewno nie uważam, żeby jakakolwiek z moich książek zasługiwała na 1. (śmiech) Prawda jest taka, że autor nie powinien być wyrocznią kiedy w grę wchodzi ocena jego własnych dzieł. Nabokov na przykład najbardziej ze wszystkich swoich powieści lubił „Zaproszenie na egzekucję”, która moim zdaniem jest najgorszą rzeczą, jaką stworzył.

Skoro jesteśmy przy twojej ocenie dzieł innych autorów: w swojej autobiografii pt. „Doświadczenie” wyznajesz, że nigdy nie przepadałeś za powieściami Franza Kafki bo odbierałeś je jako nadmiernie epatujące czytelnika atmosferą koszmaru. Zdziwiło mnie to bo przecież twoje dwie wczesne powieści, „Sukces” i „Martwe dzieci”, też są przecież niezwykle mroczne.

Uwielbiam opowiadania Kafki, ale jego powieści… cóż – jego powieści po prostu nie da się czytać. Potwierdza się tu stara reguła, że nic, co jest dziwaczne nie powinno być przeciągane zbyt długo bo zanadto wyczerpuje czytelnika. Kafkowski styl pisania polegający na tym, że bohaterom jego historii może się przydarzyć absolutnie wszystko, świetnie się sprawdza na dwudziestu stronach. Na dwustu już słabiej.

Nie uważam natomiast żeby Kafka był pisarzem szczególnie mrocznym. Przeciwnie – odnajduję w jego historiach mnóstwo humoru. Natomiast co do moich własnych powieści, które wymieniłeś: owszem, są w nich mroczne fragmenty, ale najmroczniejszą książką, jaką napisałem jest niewątpliwie „Nocny pociąg”, bardziej noir chyba nie da się już pisać. (śmiech)

Racja, z tym, że „Nocny pociąg” jest mroczny w nieco bardziej wystylizowany, mniej prymitywny sposób, a to, co dzieje się np. w „Martwych dzieciach” to koszmar, który znajduje się poza jakąkolwiek kontrolą – odnosimy wrażenie, że tak jak u Kafki, może się tam zdarzyć dosłownie wszystko… A skoro jesteśmy przy temacie „Martwych dzieci” – jak odebrałeś filmową adaptację tej powieści?

Podobała mi się. Uważam, że zabrali się za nią odpowiedni ludzie i dzięki temu wyszło z tego całkiem odważne dzieło, które oglądałem z dużą przyjemnością.

Swego czasu mówiło się dużo o ekranizacji jednej z twoich najsłynniejszych książek pt. „Pola Londynu”, stworzenia której miałby się podjąć David Cronenberg. Obecnie możemy już chyba tylko pomarzyć, że ten projekt faktycznie zostanie kiedyś zrealizowany?

No tak, niestety nic z tego nie będzie. Spotkałem się jakiś czas temu z Cronenbergiem i rozmawialiśmy o jego pomysłach na tę adaptację, ale później okazało się, że musi się poświęcić innym projektom i trzeba było porzucić ten plan. Co nie znaczy jednak, że został porzucony pomysł zekranizowania „Pól Londynu” – po prostu ktoś inny będzie się musiał zająć jego reżyserią.

Rozmawiamy dziś między innymi dlatego, że zgodziłeś się na premierową publikację swojego opowiadania „The Janitor on Mars” w języku polskim. Jak odbierasz ten tekst z perspektywy lat?

Ostatnio czytałem go jakiś rok temu i muszę przyznać, że byłem nim miło zaskoczony. Udało mi się tam sensownie wykorzystać sztafaż science-fiction, a pomysły na których opiera się to opowiadanie – a więc chociażby twierdzenie jakoby najbardziej dramatyczne wydarzenia w historii naszej planety miały się wydarzać tylko po to, by inspirować artystów – wciąż uważam za bardzo interesujące. Jestem z niego naprawdę zadowolony.

A jak wspominasz pracę nad scenariuszem do filmu „Saturn 3”, niegdyś ostro krytykowanego, a obecnie wspominanego przez niektórych wielbicieli fantastyki z sentymentem?

Z jednej strony – było to dość niezwykłe przeżycie, a z drugiej – idiotyczne. Nigdy nie miałem szczególnego szczęścia do pracy nad filmami. Jedna naprawdę pozytywna rzecz, jaka wiążę się z kręceniem „Saturna 3” to fakt, że dzięki temu doświadczeniu zgromadziłem sporo materiału do wydanej w kilka lat później powieści „Forsa”. (Nie jest tajemnicą, że bohaterów „Forsy” Amis ukształtował na wzór trójki aktorów występujących w „Saturnie 3”: Kirka Douglasa, Harveya Keitela i Farrah Fawcett – przyp. BP.)

Zresztą pracując nad tym filmem wcale nie miałem poczucia zgłębiania gatunku, jakim jest fantastyka. Znacznie większą satysfakcję jeśli chodzi o kontakt z science-fiction przynosiło mi wieloletnie recenzowanie dzieł tego gatunku dla Observera. Nie sposób uznać filmu „Saturn 3” za przykład kina fantastycznego, za jakim przepadam. (śmiech)

A jaki masz stosunek do filmu „Marsjanie atakują” Tima Burtona? Do niego też napisałeś scenariusz…

Zgadza się – i to całkiem niezły. Z tym, że ostatecznie nie został on wykorzystany. Pojawił się nowy reżyser i całkowicie zmieniono koncepcję tego filmu. Ale muszę powiedzieć, że podobał mi się efekt końcowy, był dość oryginalny.

Czy twój scenariusz też traktował temat inwazji z Marsa w sposób komediowy czy może podszedłeś do sprawy bardziej serio?

Też zawierał elementy komediowe. W mojej wersji kosmiczni najeźdźcy pochodzili z odległej i bardzo zaawansowanej galaktyki, ale mieli naturę biznesmenów i przybyli na Ziemię po to, aby zarabiać pieniądze i faszerować się narkotykami. Byli pełni podziwu dla różnorodności narkotyków, jakimi raczą się Ziemianie, a szczególnie upodobali sobie kokainę.

Na koniec wróćmy jeszcze do literatury. Pisząc „The War Against Cliché” ostro krytykujesz pisarzy, którzy opierają swoje dzieła na utartych schematach i operują nudnym, wyświechtanym językiem. Nie uważasz jednak, że właśnie w ten sposób pisze się dziś bestsellery? Wystarczy rzucić okiem na listę największych hitów literackich według New York Timesa i od razu widać, że rekordy sprzedaży biją właśnie autorzy lubujący się w schematach fabularnych i kliszach językowych. Nie przygnębia cię to?

Szczerze mówiąc, nawet nie zdaję sobie sprawy z takiego stanu rzeczy. Po prostu w chwili obecnej w ogóle nie poświęcam czasu na czytanie literatury współczesnej. Znacznie bardziej interesuje mnie to, co stworzyli pisarze żyjący o jedno lub dwa pokolenia przede mną. Choć oczywiście nietrudno mi uwierzyć, że sprawy mają się właśnie tak, jak to przedstawiłeś.

A jesteś w stanie przypomnieć sobie ostatnią współczesną powieść, która zrobiła na tobie duże wrażenie?

(Długa chwila ciszy.) Nie, naprawdę żaden tytuł nie przychodzi mi do głowy. (śmiech)

Zdjęcie: (c) Jennifer S. Altman

Pełny wywiad w Przekroju #2/2010:

przekroj_2_2010

 

Udostępnij