Mad Max | ★★★★★

mad max aAustralijski „Mad Max”, który uczynił z Mela Gibsona światowej sławy gwiazdę, jest dziś przede wszystkim pamiętany jako klasyk kina postapokaliptycznego albo jako najpopularniejszy przykład gatunku znanego jako „Ozploitation” (obejmującego tanie, pełne brutalności filmy eksploatacji rodem z Antypodów). Czym jednak byłby „Mad Max” bez samochodów?

Głównego bohatera, Maksa Rockatansky’ego (Mel Gibson), poznajemy tu w momencie kiedy odziany w stylową czarną skórę i zasiadający za kierownicą wymalowanego na żółto, czerwono i czarno Forda Falcona XB z 1974 r. przystępuje do pościgu za owianym legendą przyjemniaczkiem o przezwisku „Nightrider” (Vincent Gil). W prezentowanym na ekranie świecie przyszłości twardziel Max jest oddanym stróżem prawa, który – inaczej niż większość jego kolegów po fachu – nie tylko dorównuje przestępcom jeśli chodzi o trudną sztukę prowadzenia samochodu po zakurzonych australijskich drogach, ale zazwyczaj znacząco ich pod tym względem przewyższa. „Nightrider” też nie ma z nim szans i po długiej, panicznej ucieczce kończy żywot w spektakularnej eksplozji. Trumienkę ze skromnymi pozostałościami jego zwłok odbiera demoniczny „Toecutter” (Hugh Keays-Byrne) wraz ze swym gangiem motocyklistów-psychopatów i natychmiast zaczyna pałać chęcią zemsty na stróżach prawa, którzy uśmiercili mu kumpla, a więc na Maksie i jego partnerze o ksywce „Goose” (Steve Bisley). Wkrótce sprawy robią się do tego stopnia nieprzyjemne, że Maks jest zmuszony wyprowadzić z garażu swoją tajną broń: szatańsko czarnego, umiejętnie zmodyfikowanego Forda Falcona XB GT Coupe z 1973. To właśnie pod nim będzie chciał przeczołgać motocykle „Toecuttera” i spółki…

Nakręcony pod koniec lat 70. XX w. „Mad Max” był dowodem na to, że aby stworzyć robiące potężne wrażenie kino samochodowe nie trzeba wcale druzgocącego wytwórnię budżetu, ani wielkiej gwiazdy za kierownicą; bo – przypomnijmy – Mel Gibson miał się dopiero taką gwiazdą stać. Wystarczyło 350 tys. dolarów, zgraja gotowych do poświęceń, zaprzyjaźnionych z reżyserem kaskaderów oraz kilka sprawnych wozów, które wielokrotnie przemalowywano żeby sprawić na ekranie wrażenie większej różnorodności. Choć więc fabuła filmu nie porywa oryginalnością – jest to tak naprawdę bardzo prosta opowieść o zemście, jakich na przełomie lat 70. i 80. XX w. pojawiło się w kinie bardzo wiele – to sceny licznych pościgów i stłuczek nakręcono z takim talentem, że widzowie niejednokrotnie wracali do kina żeby przyjrzeć się im dokładniej, zamieniając tym samym „Mad Maksa” w kasowy hit.

Pełna recenzja w magazynie Driver #9:

ma63

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *