Luca Turilli’s Rhapsody – Prometheus, Symphonia Ignis Divinus | ★★★

prometheus symphoniaCo za płyta! Mamy tu tyle składników gatunkowych, że świetnie zrozumiem jeśli po pierwszym przesłuchaniu zagotuje się Wam pod czaszką: muzyka klasyczna co chwilę przepycha się tu ze wstawkami operowymi, metalem i muzyką ilustracyjną (w duchu takiego choćby Johna Williamsa albo Hansa Zimmera) i nigdy na zbyt długi moment nie zastyga w jednym stylu. Najlepszym przykładem takiego grania jest 18-minutowy kolos „Of Michael the Archangel and Lucifer’s Fall”, który zaczyna się mrocznym motywem klawiszowym z „filmowymi” efektami dźwiękowymi w tle, a wkrótce potem bez żadnego ostrzeżenia przekształca się w coś jakby staromodny operowy przebój w dziarskiej powermetalowej oprawie. Kto od lat ceni sobie skłonność pana Turilliego do kompozytorskich ekstrawagancji, ten pewnie uzna to rozwiązanie za genialne i żadna recenzja nie przekona go, że jest inaczej, ale ja tam jednak żałuję, że włoski gitarzysta nie umiał trochę wyluzować z całą tą ambitną stylizacją na operę i nie zapodał nam tutaj klimatycznego prog-metalowego killera z ilustracyjnymi wstawkami. Przecież i tak by było bogato, a ten początkowy motyw naprawdę prosił się o zupełnie inne rozwinięcie. Tymczasem dostajemy szalenie rozbuchany numer, który jednak wyraźnie rozpada się na dwie części. Nie powiem – ta płyta imponuje rozmachem i bywa, że porywa chwytliwością („Rosenkreuz (The Rose and the Cross)”, „Prometheus”, „Il Tempo Degli Dei”), ale u wyznawców tradycyjnego power metalu prawdopodobnie pozostawi jednak uczucie głębokiego niedosytu, a może wręcz niesmaku. Bo kto powiedział, że każdy odziany w czarną skórę młodzian musi od razu marzyć o uczęszczaniu do opery – nawet jeśli gościnnie przygrywa w niej na gitarce pan Turilli?

Pełna recenzja w Mystic Art #64:

ma64

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *