Helloween – My God-Given Right | ★★★

bleed the sky aUwielbiam Helloween i na każdy ich album czekam z dużą niecierpliwością. Zawsze wkurzało mnie też obowiązkowe narzekanie na utwory wybierane do promocji ich krążków – że niepoważne, kiczowate, najsłabsze z całego materiału. Tym razem nienawidzę więc samego siebie – bo po raz pierwszy sam będę dokładnie w tym samym stylu narzekał.

Zupełnie nie przekonał mnie pierwszy zwiastun „My God-Given Right”, czyli utwór „Battle’s Won”. I nie chodzi o to, że mam go za mało poważny czy za mało ambitny żeby pilotował nowy album; nie można przecież być prawdziwym fanem Helloween nie kumając ich odjechanego poczucia humoru, na którym zasadzało się bardzo wiele ich największych przebojów – od „Dr. Stein” po „Wanna Be God”. Problem w tym, że słuchając refrenu „Battle’s Won” – gdzie wokalista Andi Deris śpiewa sobie na luzie, bez pośpiechu, podczas gdy reszta muzyków zapieprza w tle jakby grali zupełnie inny utwór – odczuwam dziwnego rodzaju… dyskomfort. A do tego trudno nie zauważyć, że rzecz składa się niemal wyłącznie z melodii z recyklingu. Fakt, nie ściągają może od innych tylko od samych siebie, ale w tym konkretnym przypadku robią to w nieszczególnie finezyjny sposób.

Drugi numer ujawniony przed premierą płyty – „Lost in America” – wypadał już lepiej (chwytliwy riff, skoczny i łatwy do zapamiętania refren), ale też nie było to nic na miarę monumentalnego „Nabataea” z poprzedniej płyty „Straight Out of Hell”, czy superprzebojowego „Are You Metal?” z jeszcze wcześniejszego albumu „7 Sinners”. Mimo to nie chciałem tracić wiary w tę zwykle niezawodną ekipę i cierpliwie czekałem na cały nowy materiał – w końcu dwa takie sobie utwory na zapowiadanych trzynaście, to i tak nie byłby zły wynik. Tymczasem płyta zaczyna się od kolejnego nijakiego numeru – „Heroes” (całkiem niezła zwrotka, ale wyświechtany, pozbawiony mocy refren) – który następnie przechodzi w nieszczęsne „Battle’s Won”, po wybrzmieniu którego rozpoczyna się nieszczególnie pomysłowy kawałek tytułowy: ot, jako-taki riff, w miarę przyjemne melodie, uczciwe popisy wokalne Derisa; nie żeby było źle – ale tak mógłby sobie grać jakiś młody zespolik ślepo zapatrzony w Helloween, a nie PRAWDZIWY Helloween!

Potem dostajemy jeszcze dwa niezłe-ale-za-słabe-na-Helloween numery – „Stay Crazy” oraz wspomniany wcześniej „Lost in America” i… na szczęście sytuacja zaczyna się poprawiać. „Russian Roulé” czaruje zakręconym riffem i „kalinkowatą” wstawką, „The Swing of a Fallen World” ładnie buduje mroczniejszy niż na reszcie albumu klimat, sześcioipółminutowy „Creatures in Heaven” sprawnie łączy chwytliwość z bardziej epickimi ambicjami muzyków, a z kolei niespełna trzyminutowy „If God Loves Rock ‘n’ Roll” to jakby brat-bliźniak wspomnianego „Wanna Be God” z poprzedniego albumu: piguła pozytywnej energii i przebojowych zaśpiewów. Ładne riffy niosą również „Living on the Edge” i „Claws”, a następujący po nich wielki finał w postaci siedmiominutowego „You, Still At War” to nie tak znowu dalekie echo jednego z najznakomitszych hymnów grupy – „Helloween” z legendarnego pierwszego „Keepera”.

Czyli nie – nie jest tragicznie. Ale i tak jest to najsłabszy album w całym dorobku Helloween, bo jeszcze nigdy dotąd nie zdarzyło się grupie skomponować tylu średnich utworów naraz. Chociaż… może jednak dajcie tej płycie szansę, kto wie czy nie okaże się, że według Was plotę tu nadęte głupoty. Bo choć mam się za oddanego wielbiciela Helloween, to do największych osiągnięć zespołu zaliczam „Pink Bubbles Go Ape” i „Chameleon” – rozumiecie…

Moja ocena: 3 Stars (3 / 5)

Pełna recenzja TUTAJ

 

 

Udostępnij

4 thoughts on “Helloween – My God-Given Right | ★★★

  1. Kiedyś słuchałem metalu, heavy metalu. Teraz słucham jazzu i Franka Zappy ale Chameleon to jedna z moich ulubionych płyt. Jako dzieciak jej nie cierpiałem ale teraz rozumiem że to była za poważna płyta dla małolata, wtedy Zeppelini, Floydzi czy Crimsoni były dla keszcze większym chłamem niz Chameleon który teraz to dla mnie poziom Deep Purple czy AcDc. Sęk w tym że jak zespół heavy metalowy nagrywa muzykę z rock bluesem z domieszką popu a nawet jazzu to wiadomo że fani Helloween będą rzucać nim o zie mię jak ja z kolegą w 1993 roku a potencjalni odbiorcy tej muzyki nie poznają jej gdyż leży na półce heavy metal. No chyba że małolaty z przed lat dorosną … :))

    • raz gdyż to sprawkaKiskego. po keeperach Kiskemu urosło ego, na keeperach wychwalano go pod niebiosa i szantażował zespół że odejdzie jeżeli nie zaczną grać pop rocka (Kiske nigdy metalu nie lubił, nawet tego powodu długo nie chciał dołączyć do helloween i dał warunek że muszą zmienic styl z walls of jericho i zmienili dla niego i tak powstały keepery) to odejdzie a że odszedł Hansen i reszta sie bała o swój los to oddali stery Kiskemu którego prawie solowym albumem był Pink Bubbles Go Ape, na Chameleon doszli do kompromisu że trójkę robią po 4 utwory ale Kiske dał warunek że ma być to rock. Po wydaniu płyty stracili fanów (ówczesnych małolatów którzy nie rozumieli tej świetnej muzy) a Kiske nazwał fanów metaalu oficjalnie idiotami. Wtedy już Weikath nie miał nic do stracenia bo było już po Helloween wykopał Kiskego z zespołu i wrócili do metalu z Derisem a Kiske się obraził na muzykę na 16 lat.

      • Racja – a potem, kiedy kasa się skończyła, znowu założył kurtkę ze skóry i wrócił do grania metalu. Życie! Osobiście uwielbiam faceta, ale ta przerwa i głupie teksty na temat metalu były zupełnie niepotrzebne. Super, że teraz jest „Unisonic”, gdzie znów gra z Hansenem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *