Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (Star Wars: The Force Awakens) | ★★★½

gwiezdne wojny przebudzenie mocy„Przebudzenie Mocy” to najlepszy film z gwiezdnowojennego cyklu od czasu „Powrotu Jedi”, ale można by też powiedzieć, że jest on jednocześnie spełnieniem najskrytszych marzeń i najgorszych koszmarów wiernych fanów sagi. Marzeń – bo przecież cudownie zobaczyć jak Han Solo i Chewie ponownie wkraczają na pokład Sokoła Millennium, albo jak Leia wymienia złośliwostki z małżonkiem („Nowa fryzura?” – komplementuje ją po długim rozstaniu Han, a w odpowiedzi słyszy: „Stara kurtka?”). Koszmarów – bo dawni bohaterowie nie mają tu już aż tyle do roboty, co za czasów oryginalnej trylogii – no i oczywiście nie wyglądają już tak pięknie jak kiedyś („Ta pani naprawdę nie wygląda jak księżniczka Leia”, stwierdził w kinie mój syn wychowany na „Lego Star Wars”). A do tego scenarzyści odważyli się tu na pewien dramatyczny krok, który sugerowano już przed produkcją „Powrotu Jedi”, ostatecznie rezygnując z pomysłu żeby wszystko skończyło się wesoło i optymistycznie. Nie zdradzam o co chodzi choć pewnie zaraz będzie to równie oczywiste co dziś kwestia tożsamości Vadera, ale szczerze przyznam, że TA scena wywołuje autentyczny szok i czyni z „Przebudzenia Mocy” najsmutniejszy epizod sagi.

A co nowego? Na pewno nie zarys fabuły, który z drobnymi zmianami odtwarza schemat z „Nowej nadziei” i w pewnym stopniu również „Powrotu Jedi” (na początku droid znaleziony na pustyni przekazuje bohaterom tajną informację, a w finale Dobrzy muszą znaleźć słaby punkt siedziby Złych i wykończyć ich zanim ci zdążą użyć swej Potężnej Broni). Spośród młodych aktorów najlepiej odnajduje się w świecie Gwiezdnych wojen Daisy Ridley, grająca dzielną Rey – następczynię Luke’a Skywalkera, podczas gdy jej koledzy wypadają albo średnio (jak John Boyega występujący jako „nawrócony” Finn), albo słabawo (jak Adam Driver – zwykle świetny, ale kompletnie nie pasujący do roli bezlitosnego superdrania). Na szczęście reżyserowi J.J. Abramsowi udało się w pewnej mierze odtworzyć nastrój klasycznych epizodów, co daje „Przebudzeniu Mocy” największą przewagę nad trzema poprzednimi filmami, sprawiającymi przecież wrażenie wielkich gier wideo. I choćby za to należą się chłopu podziękowania.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *