Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi (Star Wars: The Last Jedi) | ★★★

ostatni jedi dvd„Ostatniego Jedi” nie sposób zaliczyć do najlepszych epizodów „Gwiezdnych wojen”, ale są w nim fragmenty tak świetne, że obejrzeć go trzeba. I to nie tylko jeśli jest się hiperfanem sagi Lucasa.

Reżyser Rian Johnson, którego recenzenci pokochali za takie filmy jak „Kto ją zabił” i „Looper – Pętla czasu” oraz za pracę nad serialem „Breaking Bad”, postanowił poeksperymentować trochę bardziej niż jego poprzednik, J.J. Abrams, który dwa lata temu dał nam „Przebudzenie Mocy”. Dzięki temu „Ostatni Jedi” na pewno nie jest wierną kopią żadnego wcześniejszego epizodu sagi, ale przy okazji jest też epizodem najbardziej… no cóż… kuriozalnym. Bo nawet jeśli „Przebudzenie Mocy” miało dość bezpieczny i mało oryginalny scenariusz, to jednak udało się w nim wprowadzić ciekawych nowych bohaterów (jak Rey czy Poe Dameron), dać coś ciekawego do zagrania weteranom serii (zwłaszcza Hanowi Solo) i popchnąć fabułę do przodu; tymczasem „Ostatni Jedi” zawodzi na wszystkich frontach: długo oczekiwany powrót Luke’a okazuje się niestety wielkim rozczarowaniem, nowi bohaterowie (np. wiceadmirał Holdo w wykonaniu fioletowowłosej Laury Dern albo bohaterska partnerka Finna, Rose Tico, zagrana przez Kelly Marie Tran) nie robią szczególnie szałowego wrażenia, a kiedy film się kończy – mamy wrażenie, że tak naprawdę nic nadzwyczajnego się w nim nie wydarzyło. Bo fabularnie „Ostatni Jedi” sprowadza się do jednej długiej ucieczki Dobrych przed Złymi. Jasne, w międzyczasie Rey odwiedza Luke’a i mierzy się z dwoma największymi draniami, Kylo Renem i superbrzydalem Spoke’em, a Poe Dameron dokonuje paru popisowych ataków na statki nieprzyjaciela, ale to przecież tylko margines głównego wątku.

A więc – nuda? Momentami owszem, bo naprawdę czuć, że 2,5-godzinny „Ostatni Jedi” to najdłuższy film cyklu, ale te piękne momenty wynagradzają do pewnego stopnia momenty nudy. Johnson do spółki z operatorem Steve’em Yedlinem z uczuciem fotografują śliczną Daisy Ridley, nie szczędząc jej pełnych emocji zbliżeń, z dużą ekspresją filmują też sceny międzygwiezdnych pojedynków (pojedynki na miecze świetlne wypadają tu niestety słabiej niż w poprzednich częściach) i w imponujący sposób powołują do życia nowe planety (brawa zwłaszcza za czerwono-białą planetę Crait, na której rozgrywa się finał filmu). No i są jeszcze słodkie, wielkookie pingwino-sowy ze Świętej Wyspy, które tak uroczo wkurzają Chewbaccę… taaak, dzięki nim jestem w stanie wybaczyć „Ostatniemu Jedi” naprawdę wiele.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *