Gra o tron (Game of Thrones), sezon 7 | ★★½

got7„Gra o tron”, czyli wiadomo: Największy, Najseksowniejszy, Najbrutalniejszy i Najbardziej Zaskakujący Serial Świata©. Ja mogę się z tym nie zgadzać – bo od początku drażniło mnie powolne tempo tego tasiemca, nadmierne spłaszczenie książkowych postaci i brak wyczucia przy realizacji obowiązkowych w każdym sezonie scen „szokowych” – ale świat wie lepiej i raczej nic tego nie zmieni. A jeśli kogoś faktycznie zachwyciły poprzednie sezony, to pewnie zachwyci go też „siódemka”; może nawet trochę bardziej, bo mam wrażenie, że ze względu na mniejszą niż wcześniej liczbę odcinków (siedem zamiast dotychczasowych dziesięciu), podkręcono tym razem trochę to nieszczęsne żółwie tempo serialu; podkreślam: trochę.

W sezonie siódmym największą niespodzianką jest to, że zwaśnione rody Westeros, mimo niesłabnącej wzajemnej niechęci, próbują zgodzić się na jakieś kompromisowe zawieszenie broni i utworzenie chwilowego wspólnego frontu, aby uniknąć zniszczenia w starciu z tysiącami szpetnych, piekielnie trudnych do zatrzymania umarlaków. I choć można by założyć, że przyczyni się to do zrekonstruowania niektórych, co bardziej pogruchotanych przez poprzednie sezony postaci (ileż można patrzyć na wieczną niechęć i znudzenie wyzierające z oczu Cersei Lannister, niezależnie od tego jak bardzo pożądamy Leny Headey?), to tak naprawdę bardzo niewiele się zmienia: kto był najbardziej uparty, ten wciąż taki pozostaje (tak, Cersei, to o tobie!), kto był najbardziej wygadany, ten i teraz ten dar wykorzystuje (we love you, Tyrion!), a kto nawet dla dobra sprawy nie umiał kłamać, ten wciąż się tego nie nauczył (Jonie Snow – wystąp!). Ekscytuje to, co w „Grze o tron” ekscytowało od początku – przepiękne krajobrazy, dopracowane dekoracje i śmiałe sceny seksu; nieustannie denerwują niektóre postaci (z mdłym, tchórzliwym Theonem Greyjoyem na czele), a niektóre nieodmiennie imponują (głównie dzięki grającym je aktorom, m.in. Iainowi Glenowi, Maisie Williams, Johnowi Bradleyowi i – oczywiście – Peterowi Dinklage’owi), cieszy też najnowszy nabytek serialu: Arcymistrz Ebrose w wykonaniu rewelacyjnego Jima Broadbenta.

Choć więc nie jest to do końca mój serial, choć trochę za często mnie usypia, to trzeba przyznać, że zalet mu nie brakuje. Wad też, ale jeśli macie ochotę na parę kolejnych godzin odwiedzić krainę, gdzie nad głową przemykają gigantyczne smoki, piękne kobiety chętnie się obnażają, a niewiernych facetów bez wahania skraca się o penisa – proszę bardzo.

Dodatki w wydaniu DVD | ★★★★

Podobnie jak w przypadków boksów DVD z poprzednimi sezonami serialu, tak i tym razem nie można narzekać na brak świetnie zrealizowanych bonusów. Mamy tu i pełne entuzjazmu komentarze, zdarza się, że nawet dwa różne do jednego odcinka (dzięki nim poznajemy m.in. szalone poczucie humoru wielkiej Gwendoline Christie i dowiadujemy się jakie zażenowanie wywołuje u Nathalie Emmanuel i Jacoba Andersona wspólna scena erotyczna – bo w trakcie ich komentarza zapada podczas niej krępująca cisza), wciągający materiał o przygotowywaniu imponującej scenografii sezonu 7 („Od wyobraźni do rzeczywistości: Z wizytą w dziale artystycznym”) i „the making of” najważniejszego fragmentu tej odsłony „Gry o tron” („Ogień i stal: Tworzenie inwazji na Westeros”). Jeśli nastawialiście się, że najciekawszym dodatkiem będzie bonusowa płyta z 43-minutowym animowanym filmem „Podbój i rebelia”, opowiadającym historię Westeros, to tu akurat czeka Was rozczarowanie: rzecz nie powala ani grafiką, ani treścią, a senna narracja – w wykonaniu aktorów znanych z serialu, co jednak niewiele zmienia – sprawia, że trudno przetrwać do końca za jednym podejściem. Ale co tam te rozczarowujące 43 minuty przy tych wszystkich dodatkowych godzinach radości, które sprawią wielbicielom „Gry o tron” pozostałe bonusy!

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *