Godzilla Resurgence | ★★★★

godzilla resurgenceNo i znów wyłazi z tej morskiej wody, znów sieje nieziemski popłoch wśród opanowanych z natury Japończyków i znów zrównuje z ziemią wspaniałe tokijskie drapacze chmur. Godzilla, potwór nad potworami, po długiej przerwie powrócił do swojej ojczyzny, udowadniając tym samym, że nigdzie nie sieje zniszczenia z taką czułością i gracją jak właśnie tam.

Bądźmy szczerzy: obie amerykańskie przygody Godzilli (w filmie Rolanda Emmericha z 1998 r. i Garetha Edwardsa sprzed dwóch lat) były raczej popisami ekspertów od efektów specjalnych niż dziełami, które w ciekawy sposób rozbudowywałyby postać potwora czy nadawałyby jego istnieniu nowe, interesujące znaczenia. Fachmani z japońskiego studia Toho pokazali jednak po raz kolejny, że znakomite efekty specjalne można połączyć z wciągającą fabułą, w której nie zabraknie ani politycznych podtekstów, ani tak charakterystycznego dla całej serii proekologicznego przesłania. A do tego ich Godzilla prezentuje się zdecydowanie inaczej niż dotąd i zna wiele nowych tricków, które pomogą monstrum w błyskawicznym kasowaniu budynków i podlatujących zbyt blisko samolotów wojskowych.

Tym razem Godzilla wypełza na brzeg jako gigantyczny wąż morski, a potem w błyskawicznym tempie przystosowuje się do życia na lądzie: wytwarza kończyny (!), przyjmuje dumną postawę stojącą i jeszcze bardziej przybiera na masie i wzroście, górując wkrótce nad imponującymi budynkami stolicy Japonii. Z narastającym przerażeniem obserwują to wszystko najważniejsi politycy, wojskowi i naukowcy, którzy zebrali się w jednej sali, aby ustalić plan postępowania względem potwora. Premier waha się czy należy od razu atakować Godzillę ogniem czy może raczej próbować pojmać ją żywcem; mundurowi życzyliby sobie jak najszybszego wypróbowania najpiekielniejszego sprzętu, jakim dysponują; z kolei biolodzy ze zdziwieniem wpatrują się w ekrany pokazujące rozdzierającego Tokio potwora i żądają „więcej informacji” zanim zaczną się na jego temat wypowiadać. Tymczasem okrążane przez wojsko monstrum ujawnia kolejne mordercze cechy: promieniotwórczość i atomowy oddech, który pozwala mu w parę sekund przepoławiać wieżowce i rozrywać na strzępy sprzęt wojskowy. Krótko mówiąc: łatwo Japończykom nie będzie…

Dużo w nowym filmie o „Godzilli” gadania o tym, co należy, a czego nie należy robić, aby pozbyć się zagrożenia ze strony monstrum, ale japońscy filmowcy poradzili sobie z tymi sekwencjami w iście „komiksowy” sposób: po prostu co jakiś czas pokazuje nam się zbiorowy kadr z udziałem wszystkich tych polityków, wojskowych i naukowców, każdemu z głównych mówców oddając do dyspozycji jeden czy dwa sążniste „dymki”, w których będą mogli szybko wyłożyć swoje racje – a potem czym prędzej wracamy do Godzilli demolującej coraz to nowe obszary miasta. (Warto pamiętać, że choć od dwunastu lat, jakie minęły od czasu premiery „Ostatniej wojny” Japończycy nie kręcili nowych filmów o Godzilli, to ich potwór wciąż żył i ewoluował na kartach komiksów – i komiksowy rodowód nowego ekranowego wcielenia Godzilli jest bardzo wyraźny.) Początkowo to bombardowanie widza nowymi informacjami może być nieco przytłaczające, ale kiedy już wczujemy się w specyficzny rytm filmu – rozwałka/nerwowe dyskusje/rozwałka/nerwowe dyskusje i tak w kółko – przestaje nam to przeszkadzać, a z drugiej strony- umożliwia upchnięcie w 100-minutowym filmie wielu scenariuszy rozprawienia się z bestią, odwołujących się do rozmaitych dramatycznych wydarzeń z dziejów Japonii (według jednego z nich Japończycy mieliby współpracować z Amerykanami, traktując Godzillę bronią atomową).

Szczególnie pięknie prezentuje się zaś w nowym filmie sam potwór: olbrzymi, bezwzględny, zionący niszczącym wszystko ogniem i opierający się nawet najbardziej zmasowanym atakom wojska. Zgoda, we wczesnym stadium rozwoju – czyli jako wąż z wyłupiastymi oczami i kikutami odnóży – wygląda jeszcze dość żałośnie, ale pozwalam sobie traktować początkowe sekwencje filmu jako hołd dla tych mniej poważnych odcinków serii, gdzie król potworów uprawiał zapasy z coraz to bardziej wymyślnymi gumowymi stworami. Według relacji tych, którzy mieli przyjemność oglądać „Godzilla Resurgence” w kinie, kiedy monstrum po raz pierwszy ujawnia swe wyłupiaste oblicze, cała sala trzęsie się od donośnego rechotu, ale już podczas późniejszych scen kiedy Godzilla przeistacza się w ziejącego śmiercią giganta (zgodnie z japońską tradycją i tym razem jest to człowiek w kostiumie, „poprawiony” jednak imponującymi efektami cyfrowymi) – wszyscy z podziwem i szacunkiem wpatrują się w ekran. I taką właśnie – dziwaczną i nieprzewidywalną – wersję Godzilli kocham najbardziej.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *