Godzilla (1954) | ★★★★★

godzilla 1954Kiedy pierwszy film o Godzilli wchodził na ekrany kin, nikt nie wiedział jak wielkim okaże się on sukcesem. Japonia nie słynęła wtedy jeszcze z tego typu produkcji, a choć podobne filmy cieszyły się sporą popularnością w Stanach Zjednoczonych, to zwykle były robione za znacznie większe pieniądze niż „Godzilla”. Tymczasem dzieło Ishirô Hondy pojawiło się w grafiku produkcyjnym wytwórni Toho w zasadzie przez przypadek: po tym, jak zrezygnowano z większego i droższego projektu mającego być koprodukcją japońsko-indonezyjską, uznano, że wypada mieć jakiś „produkt zastępczy”. Pojawił się pomysł żeby spróbować przenieść na japoński grunt właśnie „monster movie” – tyle, że trzeba to było zrobić tanio i szybko.

Na szczęście „tanio i szybko” nie musiało w tym przypadku oznaczać „żałośnie kiepsko”. Co prawda trzeba było porzucić marzenia o stworzeniu filmu czasochłonną metodą animacji poklatkowej i zamiast tego przebrać w kostium Godzilli człowieka, ale efekty okazały się imponujące – zarówno dzięki znakomicie zaprojektowanemu kostiumowi (z wyglądu Godzilla to mieszanka tyranozaura, iguanodona, aligatora i… grzyba atomowego), jak i dzięki przemyślanemu scenariuszowi, nastrojowym zdjęciom czy niepokojącej ścieżce dźwiękowej. Nie, to na pewno nie był kolejny głupawy film o potworach!

Zaczyna się od katastrofy na morzu, którą wywołuje przebudzenie się tytułowego, podwodnego giganta: giną niemal wszyscy ludzie na pokładzie statku przemierzającego wody gdzieś w pobliżu japońskiego wybrzeża, a ci, którym cudem udaje się przeżyć i dotrzeć do lądu, nie potrafią logicznie wyjaśnić co było przyczyną tragedii. Mieszkańcy wyspy Odo, którzy wyciągnęli rozbitków z morza dobrze wiedzą jednak co zaszło. W końcu nie na darmo od lat przekazywali sobie legendę o morskim potworze, który pewnego dnia zabierze się za dziesiątkowanie ludności. I choć nie wszyscy chcą wierzyć w tę fantastyczną opowieść, monstrum wkrótce wychodzi na ląd, miażdżąc domostwa i siejąc przerażenie, a tym samym jednoznacznie dowodząc, że nie jest tylko postacią z bajki. Kiedy zaś potwór dociera do Tokio i okazuje się, że nie jest go w stanie zatrzymać ani najcięższa artyleria, ani ogrodzenie z drutu pod wysokim napięciem, jedyną nadzieją Japończyków pozostaje niebezpieczny wynalazek pewnego szalonego naukowca: tak zwany „Niszczyciel Tlenu”, dzięki któremu można pozbawić życia wszystkie morskie stworzenia. Tyle, że aby zastosować urządzenie przeciwko Godzilli, trzeba będzie zaskoczyć ją podczas snu na dnie oceanu – i podkraść się bardzo, bardzo blisko niej…

Powyższe streszczenie nie oddaje jednak bogactwa treści zawartego w filmie Hondy, bo przecież oprócz sensacyjnego, trzymającego w napięciu wątku polowania na potwora mamy tu również poruszającą opowieść miłosną (szalony naukowiec zostaje odrzucony przez ukochaną… a ta potem jeszcze bezczelnie prosi go, aby użyczył ludzkości swego wynalazku do walki z Godzillą) oraz całe mnóstwo celnych antywojennych podtekstów (monstrum budzi się w wyniku przeprowadzanych na morzu prób nuklearnych). W efekcie dostajemy nie tylko jeden z najciekawszych wizualnie filmów o potworach, ale także najbardziej ponure dzieło tego gatunku, jakie kiedykolwiek powstało.

Pełna recenzja w Grabarzu Polskim #49:

gp49

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *