Dunkierka (Dunkirk) | ★★★½

dunkirk„Dunkierka” to mocne kino wojenne z wieloma porywająco zrealizowanymi scenami, ale – wbrew temu, co ogłaszają niektórzy – nie jest to dzieło od początku do końca bezbłędne.

I nie chodzi tu wcale o to, że zamiast opowiadać o jakimś wiekopomnym militarnym zwycięstwie film Christophera Nolana pokazuje nam odwrót wojsk brytyjskich z oblężonej przez Niemców plaży. To akurat śmiały ruch ze strony reżysera i scenarzysty w jednej osobie, za który należą mu się słowa pochwały; poza tym, wiele najważniejszych filmów wojennych – jak choćby „Pluton” Olivera Stone’a czy „Ofiary wojny” Briana De Palmy – także skupiało się na opisywaniu horroru wojny i dramatu wplątanych w nią jednostek, a nie na fetowaniu zwycięstw. Problem raczej w tym, że przy całym realizmie w prezentowaniu wojennych zmagań, w „Dunkierce” nie brak też pewnych teatralnych rozwiązań, które w całej tej krwawej zawierusze pobrzmiewają fałszywie i odbierają siłę uderzenia finałowi.

Na plażę w Dunkierce wkraczamy podążając za młodym brytyjskim żołnierzem imieniem Tommy (Fionn Whitehead). W ciągu kilku minut poprzedzających to wydarzenie przekonujemy się, że przetrwanie na linii frontu to niejednokrotnie czysta loteria (wszyscy koledzy bohatera, z którymi jeszcze przed chwilą leniwie przechadzał się uliczkami uroczego nadmorskiego miasteczka, padają na ziemię rozszarpani strzałami znikąd) i że czasami równie łatwo stracić życie od ognia wroga, jak i od ognia „przyjacielskiego”: barykadujący się nieopodal plaży Francuzi najpierw uciekającego Tommy’ego ostrzeliwują, a dopiero potemu kierują go ku miejscu, gdzie dziesiątki tysięcy Brytyjczyków czekają na „cud”, czyli na nadejście z ojczyzny wystarczająco wielu statków, aby mogli ewakuować się z plaży zanim niemieckie bombowce i zacieśniający krąg wokół plaży żołnierze zrobią z nich miazgę.

Otwierająca film sekwencja to najprawdziwszy majstersztyk: Nolan za jednym zamachem pokazuje nam jak może wyglądać koszmar wojny, bez użycia zbyt wielu słów przybliża nam postać niedoświadczonego żołnierza, którego losy przyjdzie nam śledzić, a jednocześnie bez irytujących przerysowań nakreśla konflikt wewnątrz wojsk alianckich: widzimy, że Francuzi nie przepadają za Brytyjczykami i vice versa – ci drudzy nie mają zamiaru wpuszczać swoich sojuszników na pokład odbijających od plaży łodzi i statków.

Znakomitym rozwiązaniem było też wyraźne rozdzielenie miejsc, gdzie rozgrywa się akcja filmu – na plaży, na morzu i w powietrzu – każdemu z nich przyporządkowując wiodących bohaterów, dzięki czemu na ekranie nie zaczyna rządzić chaos i dezorientacja. I tak morzem podążamy w kierunku Dunkierki na pokładzie niewielkiej łodzi należącej do Dawsona (Mark Rylance), starzejącego się mężczyzny, który z pobudek patriotycznych – ale także, jak się później dowiadujemy, osobistych – odpowiada na wezwanie do niesienia pomocy żołnierzom uwięzionym w Dunkierce, natomiast oczami dzielnego pilota Spitfire’a, Farriera (Tom Hardy), przyglądamy się dramatycznym wydarzeniom na plaży z lotu ptaka. Do tego w każdym z tych miejsc akcji Nolanowi udaje się stworzyć znakomite, trzymające za gardło i serce sekwencje – jak choćby ta, w której grupka żołnierzy znajduje schronienie w porzuconej na plaży łodzi, licząc, że podczas przypływu zagarnie ją morze, po czym okazuje się, że niemieccy żołnierze zaczynają do niej strzelać, aby poćwiczyć celność: kule z przeraźliwym świstem przebijają dno łodzi, szukając wśród ściśniętych wewnątrz bohaterów przypadkowych ofiar, a nadchodzący przypływ z każdą kolejną dziurą szybciej napełnia łódź wodą; żeby jeszcze pogłębić dramatyzm sytuacji, w pewnym momencie wychodzi na jaw, że jeden z ukrywających się w łodzi żołnierzy jest podszywającym się pod zmarłego Brytyjczyka Francuzem – a przecież wyrzucenie kogokolwiek na zewnątrz może zwiększyć szanse zagarnięcia łodzi przez fale i oddalenie się od ognia wroga…

Tego rodzaju dramatycznych scen jest w filmie sporo: Nolan, z wydatną pomocą operatora Hoyte Van Hoytema i autora muzyki Hansa Zimmera, dbają o takie ich rozmieszczenie i taką oprawę wizualno-dźwiękową, aby „Dunkierka” trzymała dobre tempo i nie pozwalała widzowi na zbyt długo odetchnąć. Dlaczego więc chętniej nazwałbym film Nolana „świetnie zrealizowanym filmem wojennym” niż „absolutnym arcydziełem”? Cóż, mimo niesamowitego rozmachu filmu i imponującej dbałości o szczegóły (niektóre ekranowe samoloty i łodzie faktycznie brały udział w wydarzeniach sprzed 77 lat!), odnoszę wrażenie, że Nolanowi nie udało się idealnie oddać wszystkich aspektów „cudu w Dunkierce”: obserwując wydarzenia na morzu z punktu widzenia wąskiej grupki bohaterów widzowi trudno pojąć skalę całego wydarzenia i kiedy już zbawienne łodzie tłumnie pojawiają się u brzegu plaży, można odnieść wrażenie, że do tej pory trochę nas zwodzono. Być może taki był zamysł Nolana, ale sprawę pogarsza fakt, że w tych końcowych sekwencjach wkradają się do filmu – do tej pory porażająco realistycznego – sceny zbyt wystudiowane, aby można je zaakceptować jako integralną część obrazu. Ot choćby ta, w której oczy twardego, granego przez Kennetha Branagha komandora Boltona pobłyskują teatralnymi łzami na widok przybijających do brzegu łodzi i wzruszenie każe mu rozpytywać ich właścicieli skąd płyną; nawet jeśli zainspirowało tę scenę autentyczne zdarzenie, tym razem i Branaghowi, i Nolanowi nie starczyło wyczucia, aby nasączyć ją realizmem.

Podobnie jest jeszcze w kilku przypadkach, w tym także w jednej z wieńczących film sekwencji, kiedy to uratowani żołnierze uzmysławiają sobie, że nie powinni się swego odwrotu wstydzić – tak jak miałby to być jakiś niesamowity zwrot fabularny, a nie najoczywistsza oczywistość. To sprawia, że mimo wszystkich emocji, jakie mi „Dunkierka” zaserwowała, po wyjściu z kina trudno mi było myśleć o niej inaczej niż jako o zaprzepaszczonym arcydziele.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *