Deep Purple – inFinite | ★★★★½

infiniteNajlepszy hard rockowy zespół świata właśnie wypuścił kolejny rewelacyjny album: być może już ostatni w swojej blisko 50-letniej karierze, ale wciąż oszałamiający niesamowitą świeżością, energią i radością grania. Tak można by najkrócej zrecenzować „Infinite” dla najbardziej oddanych wielbicieli grupy, tych, którzy z czułością wspominają jej najwcześniejsze dokonania (jeszcze bez dowodzących dziś w Deep Purple Iana Gillana i Rogera Glovera), regularnie wracają do ich największych osiągnięć nagranych w klasycznym składzie („In Rock”, „Machine Head”, „Made in Japan”), nie mają nic przeciwko późniejszym wcieleniom zespołu kształtowanym przez zmieniających się wokalistów (takich jak David Coverdale, Glenn Hughes i Joe Lynn Turner), a do tego doceniają fakt, że po odejściu legendarnego Ritchiego Blackmore’a skład ekipy zasilił Amerykanin Steve Morse, doprowadzając co prawda do kolejnej metamorfozy stylu gry grupy, ale też skutecznie przedłużając jej żywotność (Morse gra już z Deep Purple od ponad 20 lat!). Inni, mniej wyrozumiali fani zespołu – na przykład ci, którzy uważają, że jak nie ma Blackmore’a, to nie ma Deep Purple – pewnie nie będą „Infinite” jakoś szczególnie zachwyceni, bo nie jest to granie w klasycznym purplowskim stylu – ale… to już przecież wyłącznie ich strata.

Choć więc powyższym akapitem przyznaję się do wieloletniego uzależnienia od muzyki Deep Purple oraz do sporej tolerancji względem eksperymentów, jakim niejednokrotnie była ona poddawana, pozwolę sobie na początek wytoczyć szereg zarzutów dotyczących „Infinite” – takich, które przyszły mi do głowy już podczas pierwszego odsłuchiwania nowej płyty:
1) Czy naprawdę trzeba było nakładać na głos Gillana aż taką masę „odczłowieczających” efektów? Rozumiem, że np. w „Time for Bedlam” było to podyktowane tematyką utworu (główny bohater trafia do zakładu zamkniętego), ale żeby powtarzać to samo jeszcze w „On Top of the World” i „Birds of Prey”? Gruba przesada! (Złośliwi powiedzą pewnie, że zrobiono tak ponieważ Gillan nie daje już rady normalnie śpiewać i trzeba go było elektronicznie wspomóc – tymczasem on wciąż śpiewa świetnie, a wspomniane efekty pojawiają się we fragmentach deklamowanych.)
2) Kto wpadł na „genialny” pomysł żeby „On Top of the World” urwać w momencie kiedy właśnie zaczęła rozgrzewać ten utwór klawiszowa solówka Dona Aireya? Zbrodnia!
3) Po jaką cholerę kończyć tak wyczekiwany album ogranym do cna coverem The Doors? Wiadomo przecież, że podczas sesji Purple nagrali więcej nowych kompozycji niż ta skromna dziewiątka, która trafiła na „Infinite” (pojawiły się już na poprzedzających płytę EP-kach), spokojnie można więc było dorzucić po coverze jeszcze coś świeżego – w końcu cały materiał trwa zaledwie 45 minut.

Że trochę dużo zarzutów jak na płytę „bliską ideału”? Oj tam, to tylko drobne skazy na wielkiej urody diamencie: do efektów nakładanych na wokal można się w końcu przyzwyczaić, purplowskie wykonanie „Roadhouse Blues” Doorsów jest tak mocarne, że z pozostawieniem go na wielki finał też się w końcu godzimy (poza tym zespół od samego początku słynął ze świetnych coverów i nawiązanie do tej tradycji na być-może-ostatnim albumie ma w sumie sens); tylko to z tym barbarzyńskim ucięciem „On Top of the World” pogodzić się nie sposób – zwłaszcza, że rozkręcający się w wyciszonej solówce Don Airey wygrywa na „Infinite” najgenialniejsze partie w całej swojej karierze, po raz pierwszy naprawdę zrównując się na albumie Deep Purple ze ś.p. Jonem Lordem: to głównie jego szalone pasaże tworzą niepowtarzalny klimat „Time for Bedlam”, wynoszą z pozoru lekki i niefrasobliwy „One Night in Vegas” do poziomu rockowego arcydzieła i skutecznie mylą tropy w mrocznym i nieprzewidywalnym „Birds of Prey”. Oczywiście pozostali muzycy grupy też mają tu swoje momenty, ale mam wrażenie, że tym razem to właśnie gwiazda Aireya świeci najjaśniej. Zdecydowanie mniej niż kiedyś ma natomiast do powiedzenia Morse, nie narzucając się nam ani z długaśnymi solówkami (no, może nie licząc tego, co wyczynia w „Birds of Prey”), ani muskularnymi, błyskawicznie atakującymi ucho riffami, z których swego czasu słynął (pamiętacie jego zagrywki z pierwszego albumu nagranego z tą grupą, „Purpendicular”? – takich zbyt wiele tu nie znajdziecie); być może jest to w jakimś stopniu efekt problemów z dłonią, jakie dręczą go od paru lat, ale – o dziwo – zupełnie mi to w tym wypadku nie przeszkadza: nawet będąc nieco w cieniu Morse wygrywa piękne rzeczy, a kiedy w „The Surprising” jego gitara wychodzi w końcu na pierwszy plan, na przemian balladowo nas kołysząc, porywając w rockowy tan i baśniowo czarując, przekonujemy się, że muzycy Deep Purple wciąż są w stanie tworzyć rzeczy równie wielkie i zaskakujące jak niegdyś „Child in Time”. Wciąż drzemie w nich ta sama magia. Owszem: dziś nie ma w ich muzyce tyle dzikości i krzyku, co kiedyś, ale niech nikt mi nie mówi, że taki „The Surprising” nie może stać w równym rzędzie z najwspanialszymi kawałkami Purpli z dawnych lat!

I choć „Infinite” jest rzeczywiście, jak na dzisiejsze czasy, albumem zaskakująco zwięzłym, to za to ma on znakomitą dynamikę i ani minuty nie trwoni na niepotrzebne popisy, a każdy kolejny numer zadziwia nas czymś innym. Spodziewaliście się na płycie Deep Purple radosnego pop songu? Tu go dostaniecie – nazywa się „Johnny’s Band” i mimo swej lekkości i przebojowości, ścina z nóg! Lubicie jak zespół niemal jazzowo improwizuje? W takim razie posłuchajcie co się dzieje w „I’ve Only Got You” – absolutne mistrzostwo świata!

…i można by tak dalej – ale po co? Jeśli Deep Purple ze Steve’em Morse’em jest Wam miłe – „Infinite” najprawdopodobniej Was zachwyci. I nie żałujcie pieniędzy na wydanie „deluxe”, bo za parę złotych więcej znajdziecie tu dodatkową płytę DVD z półtoragodzinnym dokumentem „From Here to Infinite”, gdzie narrator Rick Wakeman przeprowadzi Was przez najnowszą historię grupy (skupiając się przede wszystkim na wycinku od dołączenia do składu Morse’a po sesję „Infinite” w Nashville), a Ian Gillan ogłosi z wrodzoną skromnością, że nowa produkcja zespołu to „najlepszy krążek w historii przemysłu muzycznego”.
No – prawie ma pan rację, panie Gillan.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *