Cochise – The Sun Also Rises for Unicorns | ★★★★

cochise the sun also rises for unicornsKolejna płyta Cochise i kolejny solidny krok do przodu. „The Sun Also Rises For Unicorns” oferuje jeszcze więcej udanych riffów i porywających refrenów niż bardzo dobra „118” sprzed niespełna dwóch lat, a gęsta i mroczna atmosfera krążka pochłania człowieka bez reszty.

Słuchając „The Sun Also Rises For Unicorns” po raz pierwszy, przypomniałem sobie scenę z serialu „Portlandia”, w której burmistrz Portland (Kyle MacLahlan) zleca parze muzyków (Fred Armisen, Carrie Brownstein) napisanie hymnu opiewającego uroki jego miasta, zaznaczając jednak stanowczo: „To nie może brzmieć jakby powstało w Seattle”. Oj, nie spodobałaby mu się najnowsza propozycja Cochise, która z każdym kolejnym utworem przenosi słuchacza głębiej w deszczowy, depresyjny świat targany najgorszymi koszmarami. Ale my, na całe szczęście, nie mieszkamy w Portland…

Najkrócej mówiąc, „The Sun Also Rises For Unicorns” to płyta dla tęskniących za starą, dobrą muzyką z Seattle, nie dająca się jednak sprowadzić do poziomu kolejnego średnio udanego eksperymentu z cyklu „Polacy grają grunge”. Panowie z Cochise mają w sobie zbyt wiele szaleństwa żeby zadowolić się wyłącznie odtwarzaniem pomysłów swoich amerykańskich idoli, co chyba najlepiej słychać w tak dynamicznych numerach z nowego albumu, jak „The Boy Who Lived Before”, „Circus”, „The Viper Room” czy „Monster”, które stanowią perfekcyjnie odmierzoną mieszankę tego, co znamy już z poprzednich krążków grupy (brud, mrok plus charakterystyczne melodie) z jakąś nową, niezwykłą zaciętością, która natychmiast nam się udziela. I nawet jeśli w takim „Homeland” – jednym ze spokojniejszych fragmentów płyty – łatwo sobie wyobrazić podśpiewującego gościnnie Neila Younga, „The Boy Who Lived Before” może się kojarzyć z Pearl Jam, a znów „The Viper Room” pachnie trochę dokonaniami wczesnego Alice in Chains, to muzycy Cochise ani przez moment nie próbują udawać kogoś innego, ale raczej umiejętnie filtrują to, co ich inspiruje przez własną wrażliwość, a następnie z wprawą upychają to w wypracowaną przez lata estetykę. A już takie numery jak „westernowy” „Dead Man Wanted”, niepokojąco nakręcający się „A Perfect Place To Die” czy szatańsko potargany „The Sun Also Rises For Unicorns” to absolutne mistrzostwo tego stylu grania – z ponurymi, onirycznymi tekstami, wyrywającym się spod kontroli śpiewem i cudownymi instrumentalnymi tąpnięciami, które po wielu przesłuchaniach płyty wciąż porażają tak, jak na samym początku.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *