Brian Cogan, Jeff Massey – Wszystkiego, co ważne, dowiedziałem się od Monty Pythona | ★★★★

wszystkiego„Wszystkiego, co ważne, dowiedziałem się od Monty Pythona” to dzieło, które powinien przeczytać każdy wielbiciel słynnej brytyjskiej grupy. No, chyba, że zaopatrzył się w najbardziej luksusowe wydanie książki, które nie tylko czyta się samo, ale do tego zawiera darmowe bilety do spa i przycisk samozniszczenia.

Ale, jak szybko wyjaśniają autorzy, wspomniane superluksusowe wydanie trafiło wyłącznie do miliarderów i recenzentów New York Timesa, więc oni sami nie mogą być pewni co dokładnie zawiera… Żart, oczywiście – ale właśnie dzięki tego rodzaju absurdalnym wtrętom „Wszystko, co ważne…” nie jest wyłącznie suchym leksykonem dotyczącym czegoś, co od dawna nie istnieje (nie licząc okazjonalnych wspólnych występów pięciu żyjących Pythonów czy uwspółcześnionych wersji ich dawnych pomysłów w rodzaju musicalu „Spamalot”), ale buzującą od pomysłów i jak najbardziej żywą pozycją pozwalającą nam po raz kolejny zdrowo pośmiać się z kolesi okładających się rybami, mielonkolubnych Wikingów i innych tego rodzaju głupot. A potem – odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens.

Chociaż z tym sensem może jednak nie przesadzajmy. Co prawda głównym zadaniem, jakie stawiają sobie autorzy książki, dr Brian Coogan i dr Jeff Massey (a w pewnym stopniu również polski tłumacz, mgr Maciej Studencki), jest wyjaśnienie z czego dokładnie śmieją się Pythoni i odkrycie dlaczego ich dowcipy są tak cholernie śmieszne, ale przecież wszyscy – z autorami włącznie – świetnie zdajemy sobie sprawę, że omawiane tutaj skecze śmieszą niezależnie od tego, czy je do końca rozumiemy czy nie. I w zasadzie żadne dodatkowe wyjaśnienia nie sprawią, że będą śmieszyć bardziej – bo bardziej już po prostu nie mogą. Potraktujmy więc raczej tę publikację jako jeszcze jeden dobry pretekst, aby poodświeżać sobie dobrze znane skecze i po raz kolejny po barbarzyńsku z nich porechotać. A że przy okazji niektórzy czytelnicy dowiedzą się kto to był Marcel Proust, Sir Philip Sidney albo Alberto Fernando Riccardo Semprini, to przecież nic złego, tak?

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *