Boogeyman | ★★★★

boogeyman cover miniNa początku lat 80. stworzono w Wielkiej Brytanii listę „video nasties”, a więc „najbrutalniejszych filmów wideo”, mającą chronić widzów przed natknięciem się w wypożyczalni na jakiś szczególnie nieprzyjemny czy niemoralny horror. Wśród wpisanych na nią tytułów były dzieła Sama Raimiego, Wesa Cravena, Tobe’ego Hoopera, Dario Argento, Lucio Fulciego czy Andrzeja Żuławskiego – dziś już świetnie znane i zaliczane do klasyki horroru, a wówczas ostro cenzurowane albo w ogóle nie dopuszczane do dystrybucji. Pośród twórców zakazanych w Wielkiej Brytanii znalazł się też niemiecki reżyser Ulli Lommel za sprawą swojego najpopularniejszego horroru zatytułowanego „Boogeyman”.

Oglądając film Lommela po niemal trzydziestu latach od jego premiery, można się zdziwić jak dobrze dziś wypada – zwłaszcza na tle współczesnych, pozbawionych charakteru dokonań kina grozy. Kiedy „Boogeyman” został po raz pierwszy zaprezentowany publiczności spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem widzów, ale krytycy potraktowali go znacznie chłodniej. Zarzucano Lommelowi kopiowanie pomysłów z nieco wcześniejszych horrorów, które cieszyły się sporym sukcesem kasowym albo nazywano „Boogeymana” źle skrojonym slasherem (pojawił się na ekranach w tym samym roku co słynny „Piątek 13-go” Seana S. Cunninghama). Niektóre argumenty krytyków były oczywiście jak najbardziej sensowne – bo trudno chociażby zaprzeczyć, że w „Boogeymanie” spotkamy pomysły wyjęte z takich hitów, jak „Egzorcysta” Williama Friedkina, „Halloween” Johna Carpentera czy „Horror Amityville” Stuarta Rosenberga – ale nie można oskarżać Lommela o to, że w banalny sposób posklejał znane wątki żeby zgarnąć za swoją robotę jak najpokaźniejszy czek. Owszem, czek okazał się całkiem imponujący – w Stanach Zjednoczonych film niemieckiego reżysera okazał się jednym z przebojów sezonu – ale należy docenić talent Lommela jeśli chodzi o dawkowanie wspomnianych nawiązań do znanych horrorów, budowanie niezwykłej atmosfery, bardzo efektowne operowanie ścieżką dźwiękową oraz umiejętność tworzenia zapadających w pamięć kadrów (jak np. scena poprzedzająca pierwsze zabójstwo – pokazująca zbliżającą się ku ofierze upiornie oświetloną dziecięcą dłoń z olbrzymim nożem; Lommel był z tego ujęcia tak dumny, że później niezliczoną ilość razy wklejał ją do swoich kolejnych filmów). No a poza tym sam pomysł, na jakim oparto fabułę „Boogeymana” trzeba uznać za oryginalny i działający na wyobraźnię. Dobre horrory o mordercy uwięzionym w lustrze nie powstają często.

Od pierwszych minut filmu widać, że Lommel wie, jak przyciągnąć uwagę widza. Najpierw łudzi nas obietnicą sceny perwersyjnego seksu: widzimy jak udręczona alkoholem kobieta przyzywa do siebie kochanka, jednocześnie wyćwiczonym ruchem ściągając z nóg rajstopy; potem reżyser zaskakuje nas pierwszą iście horrorową sceną: zamiast sprawnie odrzucić rajstopki na ziemię, kobieta w miłosnym porywie zakłada je swojemu mężczyźnie na twarz, a operator korzysta z okazji i raczy nas zbliżeniem szpetnej, nienaturalnie rozciągniętej facjaty (kto oglądał „Boogeymana” za młodu, ten wie, że tego momentu się nie zapomina); za chwilę natomiast Lommel serwuje nam pierwszą prawdziwie dramatyczną sytuację i pierwszy krwawy zwrot akcji: okazuje się, że erotyczną zabawę dorosłych obserwowała dwójka dzieci, a więc żeby mieć spokój podczas dalszych igraszek, mężczyzna z rajstopami na głowie przywiązuje chłopca do łóżka, a jego młodszą siostrę wysyła do pokoju. Kiedy za chwilę dziewczynka pojawia się w pokoju brata z nożem w ręku, wiemy już, że wesoło nie będzie. Chłopak zostaje uwolniony z więzów, po czym sam chwyta za nóż, zakrada się do sypialni matki i jej kochanka, a następnie za pomocą serii wprawnych ciosów nożem w plecy, wysyła mężczyzna na tamten świat.

Właściwa część filmu opowiada o dwójce dzieciaków ze wstępu, teraz wiodących już dorosłe życie. Lacey (Suzanna Love) jest przeuroczą młodą kobietą, zdającą się nie pamiętać o dramatycznych wydarzeniach z przeszłości – w końcu ma oparcie w przystojnym mężu (Ron James), a sama musi zadbać o wychowanie małego, wesołego synka (Raymond Boyden). Wraz z rodziną Lacey mieszka jej brat, Willy (Nicholas Love), który nie odezwał się do nikogo ani słowem od czasu gdy jako dziecko zamordował kochanka matki. Żeby jednak tylko się nie odzywał, nie mielibyśmy powodu do niepokoju o jego bliskich, szybko okazuje się jednak, że Willy ma dziwaczny zwyczaj kolekcjonowania noży. A wszystko pogarsza się jeszcze bardziej kiedy przychodzi list od umierającej matki rodzeństwa, która pragnie się jeszcze raz zobaczyć z dziećmi. Wtedy dowiadujemy się, że także Lacey dręczą koszmarne wspomnienia morderstwa sprzed lat. Aby się od nich uwolnić odwiedza zaufanego psychiatrę, doktora Warrena (John Carradine), a ten wymyśla prosty sposób na uspokojenie nerwów i wyrzutów sumienia kobiety: należy odwiedzić dom, w którym doszło do tragedii i raz na zawsze przekonać się, że zarówno to miejsce, jak i to, co zdarzyło się w nim przed laty są już dla Lacey wyłącznie sprawą przeszłości. Bohaterka czyni, jak jej sędziwy specjalista polecił – i zaczyna się prawdziwy horror. Bo zbrodnia z przeszłości wciąż żyje w tamtym domu, a dokładnie – w lustrze zawieszonym naprzeciwko niegdysiejszego miejsca zbrodni. Gdy Lacey dostrzega w lustrze byłego kochanka matki – oczywiście znów diabolicznie zamaskowanego za pomocą rajstop – w panice rozbija je na drobne kawałki. Towarzyszący jej mąż jest wyraźnie rozczarowany tak niezrozumiałym postępkiem Lacey i skrupulatnie zbiera z ziemi odłamki szkła żeby później naprawić lustro i udowodnić kobiecie, że nie kryje się w nim żaden demon. Tymczasem demon kryje się w każdym, najmniejszym nawet jego kawałku. I bardzo pragnie zemsty za zbrodnię sprzed lat.

No więc dobrze: mamy w „Boogeymanie” dziecięcą zbrodnię niczym z „Halloween”, ponure domostwo niczym z „Horroru Amityville”, a w finale wypędzanie złego ducha niczym z „Egzorcysty”, ale za to jak efektownie oddaje Lommel tak trudne do przedstawienia na ekranie wątki, jak trauma z dzieciństwa i lęk przed lustrami! Przez cały film przewijają się swego rodzaju echa dawnego morderstwa – a to jako powtórzenia pewnych scen, a to znów jako powracający motyw muzyczny – natomiast pojawiające się co jakiś czas lustra dodatkowo wzmacniają ten efekt, a przy okazji sugerują jakie lęki mogą skrywać główni bohaterowie (kiedy w lustrzanym odbiciu dostrzegamy zatroskaną twarz Lacey tuż po przeczytaniu listu od matki, przekonujemy się, że kobieta posiada drugą naturę – znacznie kruchszą i bardziej lękliwą niż ta, którą do tej pory ujawniała; z kolei Willy bierze się w pewnym momencie za zamalowywanie wszystkich luster na czarno, co świadczy o jego szczególnej wrażliwości na złe moce, jakie mogą skrywać). Do tego dochodzą ważne detale: przekonujące aktorstwo dzieci, widok dziwacznego dziecięcego rysunku w scenie poprzedzającej pierwszą zbrodnię, prosta, ale odpowiednio opętańcza melodyjka towarzysząca najbardziej nerwowym scenom. To naprawdę działa.

Można by się doszukiwać przeróżnych słabości „Boogeymana” – w końcu nie wszystko jest tu logiczne, a niektóre sceny grozy śmieszą zamiast przerażać (jak na przykład „śmierć w oknie”, która spotyka jednego z pomniejszych bohaterów) – ale wszystko to nic w porównaniu z wymienionymi wcześniej zaletami filmu, do których wypadałoby jeszcze dopisać udział olśniewającej Suzanny Love, a więc ówczesnej żony Lommela, zresztą całkiem nieźle radzącej sobie z nieszczególnie łatwą rolą. „Boogeyman” to więc horror dość charakterystyczny dla lat 80. – zwariowany i momentami sprawiający wrażenie niedbałego – ale czuć, że stworzył go utalentowany reżyser i w żadnym wypadku nie można powiedzieć, że jest to dzieło, które nie zasłużyło na swój sukces.

Pełny tekst we wkładce do polskiego wydania DVD filmu „Boogeyman”.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *