Blitzkrieg – A Time of Changes (30th Anniversary Edition) | ★★★★

blitzkrieg a time of changes recenzjaBlitzkrieg to jedna z najciekawszych grup współtworzących na początku lat 80. Nową Falę Brytyjskiego Heavy Metalu (tak, to ich numer „Blitzkrieg” z radością przerabiała kiedyś Metallica). Panowie nigdy nie mieli jednak szczęścia do wydawnictw studyjnych i nawet kiedy wyskakiwali z czymś równie świetnym jak „A Time of Changes” (debiutancki album wydany oryginalnie w 1985 r.), to jakoś nie udawało im się wbić w odpowiedni moment i zainteresowanie ich krążkami było zdecydowanie mniejsze niż być powinno. Doceńmy więc fakt, że Blitzkrieg wciąż dzielnie walczy na heavy metalowym froncie – i w 30-tą rocznicę wydania „A Time of Changes” przygotował dla swoich fanów nową wersję tego legendarnego krążka.

Ważne: nie jest to żadna zremasterowana reedycja tylko faktycznie NOWA wersja albumu sprzed trzech dekad, ponieważ wszystkie utwory zostały ponownie nagrane przez nowy skład Blitzkrieg, a do repertuaru dołożono jeszcze dwa utwory, które nie trafiły na debiut, ale również powstały w początkowym okresie działalności zespołu. Świętokradztwo? Bynajmniej – w końcu oryginalna wersja płyty jest od dawna niedostępna, a problemy z prawami autorskimi do tamtych nagrań uniemożliwiają jej wznowienie. Choć więc nie miałbym nic przeciwko porządnemu remasterowi materiału nagranego przed laty, to wiedząc, że raczej się nie go nie doczekam, bez narzekania chwytam za wersję A.D. 2015: opakowaną w atrakcyjniejszą okładkę i brzmiącą o niebo lepiej niż wersja A.D. 1985.

Najmocniejsze punkty repertuaru to: niebanalny, poprzedzony mówionym intrem utwór tytułowy, mroczny, epicki „Armageddon”, spokojniejszy niż reszta materiału, ale nadrabiający klimatem „Vikings”, wysokooktanowy „Pull the Trigger” (cover innej legendy Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, grupy Satan, wykonany zresztą z pomocą jej gitarzystów – Russa Tippinsa oraz Steve’a Ramsaya) i oczywiście kąsający cudownym riffem „Blitzkrieg”, który nie bez powodu upodobała sobie Metallica. Przy czym żaden z pozostałych numerów nie odbiega zanadto poziomem od wyżej wymienionych, a dwa bonusy – mocny „Too Wild To Tame” i lżejszy, ale piekielnie melodyjny „Jealous Love” – też nie przynoszą zespołowi wstydu… nawet jeśli w drugim z nich słyszymy trochę zbyt wyraźne echa „Crazy Train” Ozzy’ego Osbourne’a.

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *