Annabelle: Narodziny zła (Annabelle: Creation) | ★★

annabelle brPierwsza „Annabelle” nie miała rewelacyjnych recenzji, ale kiedy za drugą część postanowił wziąć się reżyser niedawnego horror-hitu „Lights Out” w sercach wielbicieli gatunku rozgorzała nadzieja: tym razem MUSI się udać! Tymczasem…

…jest niestety dokładnie odwrotnie. Pierwszy film nie był może jakimś szalonym eksperymentem, ale jednak serwował widzowi parę niespodzianek i na pewno nie był skonstruowany w najbanalniejszy z możliwych sposobów (pamiętacie początek z niepokojąco sfilmowanym „morderstwem w sąsiedztwie”?); dwójka to natomiast schemat na schemacie, dodatkowo poustawiane tak krzywo, że mniej więcej w połowie filmu cała konstrukcja zaczyna się sypać.

„Annabelle: Narodziny zła” to prequel prequela, a więc od razu wiadomo, że będzie tu sporo wyjaśniania co się z czego wzięło i do czego później doprowadziło. Moim zdaniem zaprzecza to idei dobrego horroru, w którym zło powinno być niedookreślone, dzięki czemu widz będzie mógł tworzyć sobie w głowie przeróżne scenariusze objaśniające źródło jego pochodzenia albo motywację działania – no ale niech będzie, że zdarzały się w przeszłości prequele nienajgorsze. Co więc tak bardzo nie zagrało tym razem?

Zacznijmy od tego, że historyjka o grupie dziewczynek przenoszących się z sierocińca do nawiedzonego domu nie ma szczególnie dużego potencjału szokowego: wiemy, że to komercyjny horror amerykański, wiemy też więc, że nikt się tu nie odważy dokonać rzezi nieletnich. Pozostaje więc naiwne straszenie nas, że być może jednak się mylimy, ale nie jest to niestety straszenie zbyt efektywne. Co prawda reżyser David F. Sandberg próbuje tu robić to samo, co robił w „Lights Out”: co chwilę gasi światło, jednocześnie dając do zrozumienia, że z mroków właśnie wyłania się jakaś okropna bestia – ale tym razem jakoś nie bardzo to działa. Częściowo dlatego, że po prostu NIE WIERZYMY żeby amerykańscy filmowcy mogli zrobić tym dziewczyneczkom coś złego, a częściowo dlatego, że tym razem Sandbergowi nie udaje się wykreować prawdziwej atmosfery grozy; w „Lights Out” od początku odczuwało się nastrój zagrożenia i na każdym kroku trzeba było być przygotowanym na najgorsze – tutaj z kolei nastrój grozy budowany jest z wielkim wysiłkiem, a do tego przez cały czas wiemy, że to w zasadzie taka zabawa i wcale nie musimy przygotowywać się na najgorsze.

Do tego dochodzi jeszcze mozolne wyjaśnianie jak to się stało, że w tytułową lalkę wniknął demon i bardzo nikłe wykorzystanie jej jako rekwizytu do straszenia. Poza tym, że Annabelle prezentuje się naprawdę szpetnie – jak ktokolwiek mógłby chcieć kupić taką lalkę?! – to nawet nie próbuje walczyć z Chuckym o tytuł Najwredniejszej Lalki Kina. Przez większą część filmu po prostu siedzi sobie grzecznie na krzesełku, czasem ruszy okiem albo przemieści się kiedy nikt nie patrzy – i niewiele więcej. Zamiast straszyć lalką, Sandberg woli nas straszyć ożywającym strachem na wróble albo morderczą zakonnicą (w końcu jesteśmy w uniwersum „Obecności”). I w porządku, niech mu będzie, tylko dlaczego zabrał się za kręcenie filmu z „Annabelle” w tytule?

Nie wszystko jest tutaj złe – bardzo dobrze wypadają dwie główne aktoreczki, Talitha Bateman („Historia zemsty”) i Lulu Wilson („Ouija: Narodziny zła”), obecność Stephanie Sigman dodaje obrazowi odrobinę erotyzmu, a Anthony LaPaglia i Miranda Otto z godnością, ale bezskutecznie wyczekują aż film dorośnie do ich możliwości – i trzeba przyznać, że od strony wizualnej film prezentuje się nadzwyczaj atrakcyjnie. Osobiście wolę jednak horrory brzydkie, ale za to straszące i zapadające w pamięć.

Dodatki na płycie Blu-ray | ★★★★

„Może nie jestem Spielbergiem ani Nolanem, ale jeśli chcecie pooglądać reżysera przy pracy, służę pomocą” – mówi skromnie Sandberg we wprowadzeniu do najlepszego z dodatków na płycie Blu-ray, dokumentu „Directing ‚Annabelle: Creation'”. I jest to rzeczywiście znakomity materiał dla każdego, kto chce się dowiedzieć na czym właściwie polega zawód reżysera. Sandberg pokazuje nam tutaj w jaki sposób instruuje aktorów, jak radzi sobie z różnymi przeciwnościami losu, jak zamawia poszczególne efekty specjalne – i tak dalej. Miło również posłuchać jego komentarza do filmu, dzięki któremu dowiecie się jak dużo rozwiązań narzuciła reżyserowi wytwórnia, które fragmenty filmu uważa za najlepsze, a które za nie do końca udane i która scena najpierw nawiedziła go w koszmarze, a dopiero później trafiła do filmu; można się także zdziwić jak wiele zastosowanych w filmie ujęć to efekty cyfrowe. Poza tym w dodatkach znajdziecie jeszcze dwa efektowne 3-minutowe filmiki Sandberga: „Attic Panic” (o duchu ukrywającym się na strychu”) i „Coffer” (o potworze zamieszkującym w bezdennym kufrze; każdy z nich jest straszniejszy niż sama „Annabelle”), 5-minutowy dokument o uniwersum „Obecności”, do którego zalicza się „Annabelle” oraz zbiór scen niewykorzystanych i alternatywnych, rozbudowujących niektóre wątki filmu.

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *