Acid Drinkers – Peep Show | ★★★★

acid drinkers peep showJeszcze przed pojawieniem się najnowszego krążka Acid Drinkers w sklepach, zespół umożliwił fanom odsłuchanie go kawałek po kawałku na swoim profilu FB – i bardzo słusznie, bo to jeden z tych albumów, których twórcy naprawdę nie muszą się wstydzić.

Przy okazji nadciągającej premiery „Peep Show” co bardziej troskliwi żurnaliści z niepokojem dopytywali się Acidów czy aby nie popsują sobie tym albumem image’u „metalowych wesołków”, który tak ich przecież wyróżnia z tłumu ponurych długowłosych obdarciuchów wycinających riffy ku chwale Szatana. Tak jakby Acid Drinkers jakoś strasznie przejmowali się swoim image’em – albo jakby nigdy nie nagrali „Infernal Connection”, „Verses of Steel” czy „La part du diable”, gdzie przecież ani z tekstów, ani z samej muzyki nie wiało luzem czy optymizmem; „Peep Show” po wieloma względami kontynuuje tradycję tych właśnie krążków – bo muzycy od pierwszych dźwięków równają nas z glebą, jakby zamiast instrumentów dzierżyli w łapach młoty pneumatyczne, a panowie wokaliści (Titus i Jankiel) cedzą bądź wykrzykują przykre prawdy o współczesnym świecie – ale przecież słychać tu i zręcznie pokręcone dźwięki zupełnie jakby wyjęte z debiutu grupy, czyli niezapomnianego „Are You A Rebel?”, i trochę hardrockowej „śpiewności” jak z „Dirty Money, Dirty Tricks”, nie brak również skoczności typowej dla „The State of Mind Report”, a całość wieńczy potężny, klimatyczny hicior kojarzący się z rewelacyjną tytułową kompozycją z „Acidofilia”. Zaprawdę – nikt nie powinien się czuć „Peep Show” zawiedziony.

Ale faktycznie – od samego początku chłopaki piekielnie grzeją i żeby zaznać odrobiny wytchnienia trzeba najpierw dać się stratować czterem pancernym numerom: smagającemu wrednym riffem i chwackim refrenem „Let’em Bleed”, przecudownie choremu „Monkey Mosh” ze spowijającą kark w ciary melorecytacją Titusa, opatrzonemu miażdżącym refrenem „Sociopath” i nerwowemu „Become a Bitch”, gdzie w refrenie można sobie ładnie powrzeszczeć. Następny w kolejce „Thy Will Be Done” też szybko nabiera zabójczego tempa, ale przynajmniej na początku oferuje nam kilka sekund relaksującego brzdąkania, a do tego refren przywiewa już jakąś konkretną melodię. Podobnie ma się sprawa z „50?! Don’t Slow Down”, który to numer również toczy się w zawrotnym tempie, ale chwytliwe zaśpiewy Titusa w refrenie nadają mu już nieco bardziej „przyjaznego” charakteru – to rzecz, która rewelacyjnie sprawdzi się na koncertach.

A dalej? „The Cannibal” od początku sieka nas na drobne kawałki, „God Is (Isn’t) Dead” czaruje klimatem i czadowym refrenem, „Diamond Throats” – skocznością, a „Heavenly Hellfucker” – szybkością i jadem. Potem zaś nadchodzi 5 cudnych minut z „After the Vulture” ze spokojnym wstępem, wściekłym refrenem i poruszającym tekstem, w którym Tytus czerpie z pesymistycznych zapisków rumuńskiego filozofa Emila Ciorana („In ruins you will sleep/ And eat what vultures leave”, ostrzega się nas w refrenie). Zresztą teksty to bardzo mocna strona „Peep Show”: zapoznajemy się dzięki nim z historią pewnego rodzimego kanibala, wracamy do afery pedofilskiej wśród księży, o której opowiadał niedawno film „Spotlight” i dowiadujemy się, że po pięćdziesiątce w żadnym wypadku nie należy zwalniać („Go! 50! Don’t slow down/ It’s too slow to crash/ Run! Get out of the town/ Faster! Or you’ll drown”); tym bardziej szkoda jednak, że do anglojęzycznych wersji tekstów (we wkładce dostajemy je także w polskiej wersji językowej) wdarło się trochę chaosu i drobnych błędów – widać to nawet w jednym z tytułów („gardła” to po angielsku „throats”, a nie „throaths” jak chce wkładka). To jednak tylko niewiele znaczące detale: najważniejsze, że w ogólnym rozrachunku „Peep Show” kosi, porywa i miażdży z typową dla Acidów mocą!

Pełna recenzja TUTAJ

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *